Avengers 3D (2012)


To był prawdopodobnie jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów na przełomie ostatnich lat. Bardziej czekam chyba tylko na „The Dark Knight Rises”. Oczekiwania miałem spore, zważywszy na fakt, że dwie ekranizacje przygód Iron Mana to dzieła znakomite, „Captain America: The First Avenger” był świetny, a „Hulk” z Edwardem Nortonem znośny. Zawiodła jedynie adaptacja „Thora”, ale to można im wybaczyć. Zatem jak się ma film, gdzie są oni wszyscy razem?

Fabuła „The Avengers” opiera się na tym, że brak Thora (Chris Hemsworth), Loki (Tom Hiddleston) znalazł sobie nowych kolegów, z którymi postanowił podbić Ziemię. Na początek wykrada teserakt z laboratoriów S.H.I.E.L.D. Nick Fury (Samuel L. Jackson) stwierdza, że sytuacja jest na tyle poważna, że jeden superbohater nie wystarczy, trzeba ściągnąć wszystkich: Iron Mana (Robert Downey Jr.), Kapitana Amerykę (Chris Evans), Hulka (Mark Ruffalo). Czarna Wdowa (Scarlett Johansson) i Hawkeye (Jeremy Renner) – któremu trochę odbije, ale to nie jego wina 😀 – już pracują z S.H.I.E.L.D., a Thor wpada niezaproszony.

Pierwsza sprawa, która mi się strasznie podobała to fakt, że historia każdego z bohaterów była jakby wyrwana z historii tzn. Stark buduje swoją wieżę, Thor gdzieś tam spędza czas ze swoją kochanką, Steve Rogers poznaje, co się zmieniło podczas jego 70-letniej „drzemki”… każdy ma swoje życie, które w pewnym punkcie sprowadza ich na wspólne ścieżki. To było fajne jako dla kogoś, kto oglądał wszystkie poprzednie ekranizacje komiksów Marvela. Z drugiej strony, ktoś kto tychże nie oglądał, może czuć się lekko zagubiony. Wydaje mi się jednak, że wybierając się na taki film, trzeba mieć chociaż drobne pojęcie o wcześniejszych filmach – poczytać o nich czy nawet obejrzeć. „The Avengers” to tak jakby kolejna części jednej historii, a przecież mało, kto idzie oglądać szóstą cześć Harrego Pottera czy trzecią Zmierzchu nieoglądawszy wcześniej poprzednich?

The Avengers” to wspaniała rozrywka z interesującą i dopracowaną fabułą, w której brak jakichś strasznie zauważalnych dziur. To zupełnie inny odmóżdzacz niż chociażby „Transformers” czy „Szybcy i wściekli”, bo w dwóch godzinach potrafi zmieścić interesującą fabułę, wspaniałe efekty specjalne, które nie przyćmiły całego efektu, wyważony i nienachalny humor i brak patetyzmu. To, co jeszcze mi się podobało to umiejętne „obdarowanie” czasem ekranowym całej szóstki głównych bohaterów – spodziewałem się dominacji ego Tony’ego Sparka i fenomenalnego w tej roli Roberta Downey Jr.’a, ale nie. Każdy z bohaterów dostał swoje do odegrania, może jedynie nijak potraktowany został Hawkeye, aczkolwiek to byłoby zrozumiałe, bo jego tak naprawdę prawie w ogóle nie znamy. Pojawił się po raz pierwszy w filmie „Captain America: The First Avenger” i to jako postać drugoplanowa. Z drugiej strony – Czarna Wdowa również była jedynie dodatkiem w filmie „Iron Man 2”, a mimo to tutaj została potraktowana bardzo dobrze.

Film Jossa Whedona (do tej pory jedynie reżyser seriali „Buffy”, „Angel” oraz nijakich horrorów) to letni obraz, których ja bym sobie jak najbardziej życzył w kinie. Wspomnianych wcześniej „Transformersów” ogląda się dobrze, mają fajne efekty, ale nie jest to jakaś zachwycająca bajka. Natomiast Avengersi to rozrywka na najwyższym poziomie, dopięta na ostatni guzik, zachwycająca każdym nawet najmniejszym elementem. No dobra, prawie każdym. Ja znalazłem jedną rzecz, której chciałbym się czepnąć. Ale to za chwilę – najpierw pochwalę obsadę: Mark Ruffalo jako Hulk – znakomity! – uwielbiam Edwarda Nortona, ale jednak jakoś Ruffalo lepiej się sprawdził (a Nortona tutaj nie ma, bo mu się chyba gaża nie podobała jaką mu zaproponowali). O pozostałych nie ma co pisać, bo doskonale sprawdzili się w „swoich” filmach i tutaj utrzymują ten sam, wysoki poziom. Szczególnie Downey Jr. przechodzi samego siebie. Podobały mi się również takie drobne rzeczy poboczne o których nie zapomniano m.in. pojawienie się Gwyneth Paltrow czy wspomnienie o postaci granej przez Natalie Portman (samą aktorkę zobaczyć można było jedynie na ekranie monitora :P).

A teraz ta wada, która mi trochę przeszkadzała. Główny wróg i w ogóle cały powód zebrania całej obsady superbohaterów. Ni stąd ni zowąd Loki znajduje sobie nowych kolegów i zamierza wraz z nimi podbić Ziemię. Nie podobało mi się to, bo było zbyt proste i mało efektowne. Jak na taką armię superbohaterów oczekiwałem kogoś naprawdę wielkiego. Niepotrzebnie ci koledzy Lokiego, a głównie ich „szef” był w cieniu, ukryty i do końca obrazu nie poznaliśmy go. Rozumiem, że to pewnie będzie temat na „The Avengers 2”, nie mniej jednak wydawało mi się to lekko wydumane i mało wiarygodne.

Jeśli jednak przymknie się na to oko i uwierzy w to, że to właśnie Loki jest głównym złoczyńcą tego obrazu to mamy obraz prawie doskonały. Mówię prawie, bo to w końcu nie jest Oscarowe dzieło, a jedynie letni blockbuster, jednak w dziedzinie letnich blockbusterów, „The Avengers” jest w ścisłej czołówce (obok „Incepcji” i „Mrocznego Rycerza”, które oprócz bycia blockbusterem, starają się – z powodzeniem – być również czymś więcej).

Previous Igrzyska Śmierci (2012)
Next Najczarniejsza godzina (2011)
  • No zgodzę się, że to fajny motyw z tymi różnymi historiami naszych bohaterów, które koniec końców sprowadzają ich do jednego punktu, o tak to nazwę. Aktorsko mogłoby być lepiej niekiedy, scenariuszowo również, 7+ jak najbardziej z czystym sumieniem.