Beyoncé – Lemonade (2016), recenzja


Najpopularniejsze piosenki świata, to te o miłości. Wszyscy przecież znają I Will Always Love You. Miłosnych ballad, a nawet całych albumów przepełnionych miłością (szczęśliwą lub nie) jest mnóstwo. Beyoncé zawsze musiała iść swoją drogą, a jej wydawnictwa nigdy nie były zwykłe. Tym razem próżno szukać tutaj miłości, słodkich piosenek i kolejnego Halo. Pani Knowles jest zła, choć powinienem tutaj użyć niecenzuralnego słowa, gdyż najlepiej by ono oddało to, jaka właśnie w tym momencie, na tym krążku jest Queen B.

Who the fuck do you think I is?
You ain’t married to no average bitch, boy!

By zrozumieć kontekst wszystkich piosenek, które znajdziemy na albumie Lemonade powinniśmy najpierw obejrzeć specjalny film o tym samym tytule. Tak naprawdę jest to zlepek teledysków do każdej piosenki (z wyjątkiem Formation), jednak to, co jest najbardziej istotne, to poprzedzające je przemowy/opisy. Beyoncé już nie udziela wywiadów, nie idzie do Ellen czy Kimmela i nie opowiada dlaczego album jest taki, a nie inny. Beyoncé tworzy godzinny film, w który daje nam obraz i krótki opis. Jednak to, jak my to odbierzemy i czym dla nas będzie każdy utwór (oraz teledysk) zależy już tylko od nas. Artysta sugeruje nam to i owo, ale nic tu nie jest dosłowne. Wszystko jest jakby ukryte, niezinterpretowane i nieokreślone. Bey przyzwyczaiła nas do atmosfery niedopowiedzenia, tajemniczości, albumów i teledysków wyskakujących zza rogu i bez zapowiedzi. Takie też jest i Lemonade.

O kim mowa w Don’t Hurt Yourself? Kto zniszczył tę miłość? Jaką miłość? Czyją miłość? Czy Jay zdradził Beyoncé? Kim jest Becky? Jak to się wszystko dalej potoczyło? Czy mu wybaczyła? Czy są dalej ze sobą tylko dlatego, że tworzą power couple? Myślę, że odpowiedzi na te pytania nigdy nie dostaniemy. I dobrze. To jej album, jej piosenki.

Beyoncé jeszcze nigdy nie była tak szczera i tak otwarta na jakimkolwiek swoim albumie. Napisałem w pierwszym akapicie, że Beyoncé jest zła. Nie, to nie prawda. Beyoncé jest wkurwiona. I to ostro. Cały krążek przepełniony jest fuckami, bitchami, shitami itp. To chyba jej najostrzejszy krążek. Ale wszystko ma tu swoje miejsce, jest przemyślane, i rzucona kurwa na prawo i lewo wcale nie jest ‘ot tak’. Każdej towarzyszy niesamowicie surowy i wymowny wokal, potężna i sugestywna produkcja, czytelna i monumentalna melodia.

Uh, this is your final warning
You know I give you life
If you try this shit again
You gon lose your wife

Nie jest zaskoczeniem, że każdy kolejny krążek Beyoncé to coś nowego, jest progres, postęp i próba przeskoczenia tego, co wydało się wcześniej. Jednak na Lemonade Bey podróżuje w najodleglejsze klimaty muzyczne. Mamy rockową queen w Don’t Hurt Yourself czy countrową w Daddy Lessons. 6 Inch brzmi niczym kolejne stadium Partition (wiecie, jak mamy pokemony to Partition jest Pikaczu, a 6 Inch Rajczu, czyli kolejną, lepszą wersją). I te wokale. Na ich temat można by było napisać książkę. Niesamowita surowość w Don’t Hurt Yourself, delikatność w Pray You Catch Me czy Sandcastles, ta wysoka partia pod koniec 6 Inch. I ten power w Freedom.

Beyoncé na tej płycie nie próbuje konkurować z nikim innym aniżeli tylko z samą sobą. Nie straszna jej Katy Perry ze słodkim popem, Taylor Swift z superprodukcjami Maxa Martina, wokalnie potężna, ale muzycznie jakby trochę w miejscu Adele czy nawet Rihanna, która również przeszła samą siebie na ANTi, ale to jednak wciąż nie to. Konkurencją Beyoncé jest Beyoncé. Wydała selftitled kilka lat temu czym zmieniła cały rynek muzyczny. Teraz musiała sama siebie „przeskoczyć”, wydała cały film, a do r’n’b i popu, które gdzieś tam są jej „głównymi” gatunkami dorzuciła jeszcze więcej r’n’b, neo-r’’n’b, trochę soulu, rocka, country, a nawet gospel.

Sam album w sobie to nie tylko Beyoncé, ale mnóstwo ludzi, którzy stoją za nią. Trzeba jednak koniecznie podkreślić, że przy każdym utworze – za równo w produkcji, jak i tekstach – widnieje jej nazwisko. Nieistotne ile tak naprawdę ona zrobiła, ile napisała. Jest tam. Ten album w całości należy do niej. Gwiazdorska śmietanka to jednak nazwiska, które niekoniecznie pasowałby nam do Bey. Don’t Hurt Yourself (wspaniałe, mocne, odważne, boże kocham!) to sprawka m.in. Jacka White’a, samplowania utworu Led Zeppelin i tekstu, do którego przyczyniła się m.in. Wynter Gordon. Wynter dorzuciła również swoje trzy gorsze do Sorry i Daddy Lessons. Przy Hold Up pracował Father John Misty, Diplo czy frontman zespołu Vampire Weekend, Ezra Koenig. Hold Up sampluje również znakomity kawałek Yeah Yeah Yeahs – Maps. Boots, znany z poprzedniego albumu, powrócił przy pracach nad 6 Inch, gdzie śpiewa, pisze i produkuje również The Weeknd. Diplo jest praktycznie wszędzie, natomiast James Blake współtworzył Forward, które niestety trwa tylko minutę. Ten utwór powinien zostać zrobiony raz jeszcze, w pełnej wersji. Jeden z najlepszych!

Śmietanką, swoistym crème de la crème nazwałbym potężne uderzenie utworów 8-9-10-11. Zaczyna się niby spokojnym, jednak przepełnionym tak bolesnymi i realnymi emocjami Sandcastles. Potem wspomniane – za krótkie, ale cudowne – Forward, które brzmi jak intro do Freedom. Freedom to najlepszy i najgenialniejszy utwór tego krążka. Rozkłada na łopatki od pierwszego taktu, którym właściwie jest już Forward. Całość to potężna uczta dla uszu. Gdyby tak usunąć Love Drought, to uderzenie 8-9-10-11 zaczynałoby się utwór wcześniej, gdyż Daddy Lessons brzmi słodko, ale jest inne, tak ciekawe i intrygujące.

W sumie album dzieli się na 3 części – Bey wkurwiona..

You can taste the dishonesty
It’s all over your breath as you pass it off so cavalierPray You Catch Me

What a wicked way to treat the girl that loves you Hold Up

Całe Don’t Hurt Yourself.

Bey radząca sobie ze wszystkim, wybaczająca…

Ten times out of nine, I know you’re lying
But nine times outta ten, I know you’re trying
So I’m trying to be fair
And you’re trying to be there and to care Love Drought

And your heart is broken cause I walked away
Show me your scars and I won’t walk away Sandcastles

It’s time to listen, it’s time to fight

I love you more than this job, please don’t work for me

Go back to your sleep in your favorite spot just next to me Forward

Bey „ku pokrzepieniu serc” tj. stało się, ale podniosę się i idę dalej.

Freedom! Freedom! I can’t move
Freedom, cut me loose!
Singin’, freedom! Freedom! Where are you?
Cause I need freedom too!
I break chains all by myself
Won’t let my freedom rot in hell
Hey! I’ma keep running
Cause a winner don’t quit on themselves Freedom

I’ve seen your scars and kissed your crime All Night (nawiązanie do fragmentu z Love Drought powyżej)

Lemonade to płyta prawie kompletna. Nie do końca czuję Love Drought, ale to i tak nie jest aż taki wielki minus. Chętnie usłyszałbym jeszcze ze 2 utwory więcej w klimacie Freedom („ku pokrzepieniu serc!”) oraz Formation umieściłbym w pierwszej części albumu (jeśli w ogóle musi tam być). Niestety, dwanaście utworów to trochę mało i po tylu latach czekania chciałoby się więcej. Nie mniej jednak, najlepszy album roku 2016 właśnie został wydany. Bierzcie i słuchajcie (oraz oglądajcie). Brawo Beyoncé, nigdy nie zawodzisz.

Previous "Captain America: Civil War" - piąte najlepsze otwarcie, ever
Next Właśnie obejrzane #4 - All "X-Men" Edition (i Księga Dżungli jako bonus)