Céline Dion – Loved Me Back to Life (2013), recenzja


To nie jest zły album. Gdyby nagrał kto ktoś inny dałbym bardzo wysoką ocenę. Jednak komuś, kto nazywa się Céline Dion taki album nie przystoi. Po kimś takim oczekuje się po prostu więcej, dużo więcej.

Céline Dion w swojej dyskografii ma kilka takich utworów, które już są historyczne, które już są legendarne. Ja nawet ich wymieniać nie muszę, bo każdy dokładnie wie o czym mówię. Wiedziałem, że kolejnych takich już nie nagra, bo nie da się drugi raz wynaleźć koła. Ale można znaleźć sposób, by nagrać coś podobnego, zbliżonego do ideału. Niestety, Céline Dion na swoim najnowszy albumie udowadnia, że swoja własna wcześniejsza twórczość może być przeszkodą w odbiorze kolejnych piosenek. To trochę tak jak z Adele – nagrała ona album 21, po kolejnym krążku artystki spodziewamy się wszyscy naprawdę sporo. Ale tak naprawdę, gdzieś tam w głębi wszyscy wiemy, że przecież raczej nagra coś ciut słabszego… (a jak nie, to będziemy piali zachwyty nad jej geniuszem, poczekajmy do przyszłego roku). Nie będę mówił teraz o Adele, bo to recenzja twórczości Céline. Album Loved Me Back to Life ma swoje perełki, jednak koniec końców jest krążkiem, który mnie rozczarował.

[divider]

Gdy pojawiło się Loved Me Back to Life miałem naprawdę nadzieję na świetny album. Sam utwór promujący krążek o tym samym tytule jest znakomity. Emocjonalny, z pięknym tekstem i dobrym wokalem artystki. Obok Power of Love czy My Heart Will Go On go nie postawię, jednak na pewno godnie by stał obok późniejszej twórczości Dion – I’m Alive cz Taking Chances. Krążek to piętnaście utworów, z czego dwa należą do edycji Deluxe Edition.

Owszem, znalazłem tutaj utwory, które mi podobają się bardzo, przepiękne ballady takie jak Didn’t Know Love czy Thankful. Słucha się ich naprawdę przyjemnie. Do gustu przypadł mi również cover – Water and a Flame. To jeden z najlepszych utworów na albumie, ale nie z racji wykonania czy głosu Céline – to po prostu cudowny kawałek. I jest taki niezależnie czy w wersji  oryginalnej (Daniel Merriweather & Adele, które lubię chyba bardziej) czy tej właśnie. Udany jest również singiel numer dwa – Somebody Loves Somebody. Prosty, niewymagający, ale ładny. Duet z Ne-Yo również zaliczam do udanych, a na dokładkę przepiękne Breakaway.

[divider]

Jednak, gdy już wymieniłem wszystkie plusy, przyszedł czas na całą masę minusów – i to one tu przeważają. Przede wszystkim kilka naprawdę okropnych utworów z At Seventeen oraz Always Be Your Girl na czele. Nie są to dobre kawałki. Mimo, że wokal artystki jest w nich nienaganny, to jednak czegoś zabrakło. At Seventeen jest puste i nijakie, pasowałoby bardziej do dyskografii Taylor Swift, a nie Céline Dion (tak, rozumiem tekst i nie sugeruję się jedynie tytułem!). Always Be Your Girl również jest dosyć bezbarwne. Co mnie zaskoczyło to duet ze Stevie’m Wonderem – jest straszny. Serio, po takich nazwiskach jak Stevie Wonder i Céline Dion zaś spodziewałbym się czegoś znakomitego, a tu powstał naprawdę koszmarek, którego nie da się słuchać.

Koniec końców – płycie w moim mniemaniu zaszkodziły oczekiwania, nazwisko twórcy oraz wcześniejsza twórczość Céline Dion. Artystka, która ma niesamowite utwory na swoim koncie, po której oczekiwałem cudów, nagrała po prostu dobry album. Nie bardzo dobry, nie znakomity – dobry. Posiada on swoje i plusy, i minusy. A jednak jeśli mówimy o Céline Dion to wolałbym mieć same plusy, cud miód i orzeszki. Tak niestety nie jest. Mimo wszystko jednak, posłuchajcie Didn’t Know Love, Breakaway, Water and a Flame czy Thank You. Te są ładne. Dla tych warto posłuchać – a nawet kupić krążek.

[divider]
Previous Kayah - Transoriental Orchestra (2013), recenzja
Next Halina Mlynkova - Po drugiej stronie lustra (2013), recenzja