Christina Aguilera – Back to Basics (2006), recenzja Łukasza Mantiuk


Kilkadziesiąt minut temu Zuzanna chwaliła w niebiosa Back to Basics. Ja też będę to robić. Więc jak nie lubicie tego krążka, to lepiej nie czytajcie, bo specjalnie otworzyłem słownik wyrazów bliskoznacznych, by znaleźć wszystkie synonimy słowa geniusz i arcydzieło. Nie wiem dlaczego, ale nie było tam hasła ‘Christina Aguilera’.

2006…

Rok 2006 był pięknym rokiem. Przyniósł nam tak dużo znakomitych i legendarnych krążków (w moim popowym mniemaniu), że aż ciężko zliczyć. Począwszy od cudownego Loose Nelly Furtado, poprzez fenomenalne FutureSex/LoveSounds Justina Timberlake’a, pewne i śmiałe B’Day Beyonce oraz powalające The Open Door mojego ulubionego zespołu – Evanescence. Oprócz tego, jeszcze debiut Fergie (The Dutchess), Every Man for Himself Hoobastank, The Sweet Escape Gwen Stefani, Some Hearts Carrie Underwood czy I’m Not Dead P!nk. A w Polsce Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków Comy, Kilka historii na ten sam temat Anii Dąbrowskiej, powalającym Happines Is Easy Myslovitz.

No i oczywiście do tej wielkiej wymienionej na początku czwórki trzeba dorzucić – obowiązkowo – Back to Basics Christiny. Gdybym miał je uszeregować i zrobić TOP 5 to bym głowił się kilka dni. Na szczęście nie muszę. Porozpływam się nad tym ostatnim krążkiem.

W słowniku wyrazów bliskoznacznych obok ‚geniusz’ nie było ‚christina aguilera’ – pytam dlaczego?

Christina Aguilera to geniusz i arcydzieło. Sama w sobie i wszystkie jej albumy. No może na Lotus trochę psioczyłem, ale mniejsza o to. Back to Basics to jeden z najlepszych albumów minionej dekady. Konkurować z nim może jedynie mała ilość innych krążków (w tym wspomniane wcześniej albumy Evanescence i Timberlake’a). Ilość kompozycji, które są genialne na krążku przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Pierwszy dysk – cudowne Makes Me Wanna Pray, boskie Understand czy chociażby ballada Oh Mother, gdzie Christina przeszła samą siebie. Ten dysk jest świetny, jednak bije go na głowę ten drugi.

Come Closer, You Won’t Believe Your Ears

Enter the Circus i Welcome muszą być słuchane po sobie – nie ma innego wyjścia, tworzą idealną całość, idealne wprowadzenie, a jednocześnie przejście z klimatu dysku pierwszego do klimatu dysku drugiego. A dalej jest już tylko lepiej. Ballady Hurt i The Right Man są prawdopodobnie najlepszymi kompozycjami w całej karierze Christiny Aguilery. Konkurować z nimi może jedynie Birds of Prey i Stronger Than Ever z Bionica oraz Walk Away i Fighter z Stripped. Jest to jednak niesamowite top of the top, jedne z najlepszych utworów jakie kiedykolwiek poznałem. Ale drugi dysk to nie tylko te dwa, wielkie numery. Jest tu również zaskakujące Save Me From Myself, gdzie Aguilera śpiewa prawie acapella. Tak jak Zuzanna pisała – tak Christina jeszcze nie śpiewała. Cała dziewiątka utworów z dysku numer dwa to idealna, spójna i jednolita kompozycja.

Jednak – cały album jest spójny, jednolity i niesamowicie genialny. Począwszy od intro na dysku pierwszym, poprzez ostatni album, będący podziękowaniami fanów dla Christiny i na odwrót, aż do wspomnianych już Enter the Circus i Welcome otwierających drugi dysk. Tym krążkiem Aguilera pokazała, że jest artystką niesamowitą i wyjątkową. Stać ją praktycznie na wszystko, zrobi to, na co ma ochotę. Przejść ze Stripped do Back to Basics – takie coś mogła zrobić jedynie ona. A potem z Back to Basics do Bionic… Kolejne kroki milowe, które robi zawsze są wielkim wydarzeniem. Co smuci – krytyka (zarówno ta gazetowa, jak i Grammowa) nie zawsze umie docenić Christinę Aguilerę tak, jak jej fani. Owszem, Back to Basics był nominowany dwukrotnie, jednak nic nie wygrał. Osobiście widziałbym ten album we wszelakich możliwych nominacjach z wygraniem Album of the Year na czele. No cóż, chrzanić nagrody. Album jest arcydziełem. Kropka.

Christina Aguilera Back to Basics cover

Previous Oscars Featurette 2013, Przewidywania - aktorzy, cz. 1 (9/11)
Next Christina Aguilera - Bionic (2010), recenzja Łukasza Mantiuk
  • Remool

    Świetna płyta. Co do nagród to o ile się nie mylę dostała grammy za Ain’t No Other Man.

  • Za ten album należałaby się jej nawet 11.