Dziedzictwo Bourne’a (2012)


Trylogia o przygodach Jasona Bourne’a należy do jednych z moich ulubionych filmowych trylogii. Zdecydowanie „Dziedzictwo Bourne’a” nie dołączy do tego ciągu, i nie powiem, że jest to jedna  z moich ulubionych quadrologii. No no never.

Po pierwsze: film nie powinien mieć w tytule „…Bourne’a” i nie powinno się tutaj w ogóle wspominać o poprzednich filmach. Ten nie ma nic z tym wspólnego, czasem tam coś wspominali o całym tym bajzlu jaki narobił Bourne. No dobra, ale to trochę za mało. Liczyłem na drobne cameo Matta Damona czy cokolwiek. A tak powstał jakiś film, który śmie twierdzić, że ma jakikolwiek związek z przygodami Jasona Bourne.

Po drugie: o czym jest ten film? Minęło dobre 40-50 minut zanim tak naprawdę załapałem – ‘aha, to o to będzie w tym filmie chodziło?’. Jeremy Renner gra agenta – Aarona Crossa – który był poddawany różnym testom i modyfikacjom genetycznym. Potem rzekomo Jason Bourne narobił bałaganu i cały ten projekt ma zostać zakończony. A zakończony równa się zabić wszystkich. Aaron się ratuje, pani doktor z laboratorium – Marta – grana przez Rachel Weisz – też.

Do filmu załapał się nawet Edward Norton, który jest aktorem świetnym. Niestety, biedactwo scenariusza, nijaka akcja i w ogóle nijaka fabuła nie pozwoliła ani Rennerowi, ani Weisz, ani Nortonowi na cokolwiek. Norton non stop siedzi w biurze, patrzy się na ekrany i stroi złe miny, Renner ucieka i ratuje się przed kolejnymi dziwnymi akcjami, a Weisz również stroi dziwne miny i robi różne eksperymenty w laboratorium. Tak, jakkolwiek śmiesznie i nijako brzmi to wszystko, co napisałem w poprzednim zdaniu – taki właśnie jest ten film.

Co sprawiło, że przetrwałem te dwie godziny i piętnaście minut? No po tych 40-50 minutach coś się rozkręciło, zaczęli uciekać, ganiać się, takie tam standardy. Dało się to przełknąć – plus mam naprawdę sporo sympatii do całej tej trójki, dlatego wytrwałem. Gdyby w tej obsadzie był ktoś, za kim nie przepadam, bądź jest mi obojętny, nie wiem czy wytrwałbym dalej.

Przykre jest to, że po raz kolejny na dobrej marce robi się maszynkę do zarabiania pieniędzy. Przywykłem już do tego, co nie zmienia faktu, że jest to po prostu przykre. Wyniki finansowe dają nadzieję, że żadna kolejna część nie powstanie ($125 mln budżetu, $113 mln zarobku w samych USA). Jedyne co cieszy, to że kariera Rennera nabiera rozpędu. Co do Weisz i Nortona – wciąż jakby nie mogą znaleźć swojego miejsca.

Previous LemON – LemON (2012), recenzja Łukasza Mantiuk
Next Bruno Mars - Unorthodox Jukebox (2012), recenzja Łukasza Mantiuk
  • Również bardzo lubię trylogię Bourne’a i cały czas przymierzam się właśnie do Dziedzictwa Bourne’a. Z każdą recenzją mam jednak coraz mniej ochoty na ten film, twój tekst mnie tylko utwierdza w tym przekonaniu.
    Cóż, może bynajmniej rozczarowania nie będzie.