Evanescence – Fallen (2003), recenzja Łukasza Mantiuk


Naprawdę ciężko uwierzyć, że to już 10 lat temu premierę miał ten znakomity album. I mimo, że z całej twórczości Evanescence lubię go najmniej, to i tak nie da się go nie kochać.

Evanescence to mój ulubiony zespół. I mimo, że wielbię Beyonce, Alicię Keys czy Christinę Aguilerę, to i tak gdzieś tam na samym muzycznym szczycie jest i zawsze będzie Evanescence. Krążek Fallen wcale nie był pierwszym, który przesłuchałem. Owszem, rozpoczęło się od Bring Me to Life, jednak w czeluściach Internetu wyszukałem każdą EP-kę, zespołu, każdy singiel, każde nagranie demo, album demo i co się jeszcze dało. Nigdy nie wydany album Origin do dnia dzisiejszego uważam za najlepsze, co nagrali. Gdyby tak wyglądał Fallen, to zdecydowanie teraz piał bym z zachwytu i bez żadnego ‘ale’ wystawiał najwyższą notę.

Jednak Evanescence w 2003 roku było początkującym zespołem na „dużym” rynku, a wytwórnia chciała odnieść sukces. To też część zmieniono, część odrzucono, nagrano nowe. I tak powstała mieszanka dobrych kawałków z ery preFallen z utworami nagranymi na potrzeby odniesienia sukcesu.

Jak już wspomniałem, Fallen to album, który lubię najmniej spośród twórczości Evanescence, ale to nie znaczy, że go nie lubię. Posiada on najpiękniejszy utwór jaki zespół ten kiedykolwiek nagrał: My Immortal. Jednocześnie uważam to za jeden z najpiękniejszych utworów jaki kiedykolwiek powstał i jaki kiedykolwiek dane było mi usłyszeć. Preferuję wersję standardową, tę z Origin, która również znalazła się na Fallen. W teledysku (i singlu) użyto tzw. Band version, czyli ta, gdzie pod koniec mamy mocniejsze uderzenie perkusji i gitar. Dla mnie niepotrzebne upiększanie i poprawianie czegoś, co już i tak jest idealne.

Nie da się też nie kochać Bring Me to Life. Jest to najlepszy utwór z „nowych” nagranych specjalnie na premierę debiutu. Pozostałe – Everybody’s Fool – nie lubię – oraz Going Under – jest znośne, ale jakoś nie pałam miłością do niego.

Na krążku znajdziemy kawałki takie jak Whisper, Haunted czy Imaginary – te kocham, bo mimo drobnej zmiany i niepotrzebne ulepszania, to wciąż te same znakomite utwory z ery preFallen. Na zdecydowany plus wyróżnia się również Hello, emocjonalna ballada napisana przez Amy ku pamięci jej siostry (która zmarła w wieku 3 lat). Później, na każdym kolejnym albumie zespołu znajdzie się taki utwór poświęcony siostrze artystki.

Moje ulubione utwory na tym krążku… prawie do wszystkich mam sentyment. My Immortal i Bring Me to Life oczywiście są na samym szczycie. W przypadku Whisper i Imaginary – lubię je, jednak ciekawsze wersje nagrane zostały wcześniej, szczególnie warto zapoznać się ze specjalną wersją Whisper (zatytułowaną Whisper 2002) posiadającą długie, orkiestrowe intro. My Last Breath i Tourniquet to również czołówka.

Fallen to bardzo dobry album – może być pierwszym dla kogoś, kto chce zapoznać się z twórczością tego zespołu. Polecam go zdecydowanie każdemu fanowi tego typu brzmień. Dla tych co już znają ten zespołu, polecam zapoznać się ze wszystkim, co powstało przed Fallen. Demo Album Origin zawiera tak znakomite utwory jak chociażby Where Will You Go czy fenomenalne Anywhere.

Previous Kto dostanie Oscary 2013?
Next Hurts - Exile (2013), recenzja Łukasza Mantiuk
  • madakon

    Album, który bardzo cenię i z którego pochodzą chyba dwa największe hity zespołu. 🙂
    Dzięki za ciekawą recenzję.

  • WIelu twierdzi, że to najlepsze co nagrali, jednak dla mnie The Open Door jest znacznie lepsze.