Janelle Monáe – The Electric Lady (2013), recenzja


Lubię Janelle Monáe. Nie jestem jej jakiś ogromnym fanem, jednak ma w swojej dyskografii kilka kawałków, które lubię naprawdę bardzo bardzo. Na płytę The Electric Lady czekałem, bo mimo iż Q.U.E.E.N. mi się nie spodobało, to już Dance Apocalyptic oraz PrimeTime sprawiły, że wiedziałem, że będzie to dobry krążek. I nie przeliczyłem się.

Po ostatniej przygodzie z Johnem Legendem stwierdziłem, że nie będę sobie stawiał wygórowanych oczekiwań po żadnym albumie. Tym bardziej po Janelle, z której całą dyskografią nie jestem do końca zaznajomiony od A do Z. Uwielbiam Cold War czy Tigherope, ale to wszystko. Wiem jednak, że jest niesamowicie oryginalną i znakomitą artystką.

[divider]

Do słuchania The Electric Lady zasiadłem bez żadnych oczekiwań, jedynie z ciekawością i zainteresowaniem. I bardzo dobrze, jest to album bardzo dobry, z wieloma znakomitymi utworami. Janelle po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzynią w tworzeniu kawałków znakomitych, wyjątkowych i niesamowicie dopracowanych. Każda z dziewiętnastu piosenek na płycie to kompozycyjna, która powinna się tam znaleźć, która idealnie tam pasuje i która znajduje się w odpowiednim miejscu. Album to przemyślana kolejność, utwór po utworze, intro po intrze. Doceniam to, chociaż ja bym to zrobił inaczej.

Przede wszystkim – wszystkie te intra, które brzmią jak zapowiedzi radiowe – do wyrzucenia. Po to włączam album, aby nie słuchać żadnych przerywników i duperel. Bez nich elektryczna panienka dużo by nie straciła, a mnie słuchałoby się łatwiej. Tak naprawdę jest to chyba jedyna rzecz, do której jestem w stanie się przyczepić. Wyjątkiem są Suite IV otwierające album i Suite V w połowie – te dwa są genialnymi, instrumentalnymi szaleństwami panny Monae.

[divider]

Z krążka krzyczą dwa słowa: oryginalność i geniusz. Każda kompozycja jest na swój sposób oryginalna, ponadprzeciętna i inna od pozostałych. Zdecydowanie wyjątkowe są tutaj duety – zarówno ten z Prince’em, z Solange czy z Miguelem. Kawałki z Solange – Electric Lady – oraz z Miguelem – PrimeTime – zaliczam do dwóch najlepszych małych dziełek na tym wydawnictwie. Z solowych – urzekło mnie We Were Rock & Roll. Pełne żalu, goryczy, a jednocześnie chęci wykrzyczenia tego wszystkiego, wyrzucenia z siebie.

Idąc dalej, przepiękne Victory, buńczuczne It’s Code czy szalone – które kocham od wydania na singli – Dance Apocalyptic.

To, co w tym albumie urzeka mnie najbardziej to fakt, jak bardzo różnorodna jest Janelle. Niby cały album jest gdzieś tam uplasowany w jednym, neosoulowym klimacie, to jednak w każdym utworze znajdziemy jakąś perełkę, jakąś nowość, udziwnienie czy wariację.   Sprawia to, że od utworu numer jeden do utworu numer dziewiętnaście za każdym razem pojawia się: wow! No i nie wolno zapomnieć i przepięknym głosie artystki.

[divider]

Myślę, że wydawnictwo to sprawi, że zostanę wielkim fanem Janelle Monae. Nie, wróć, nie myślę to. Ja to wiem i już jej jestem fanem. The Electric Lady to krążek, który w chwili obecnej towarzyszy mi całe dnie zaraz obok Love in the Future Johna Legenda, o którym pisałem wcześniej.

[divider]
Previous Capital Cities - In a Tidal Wave of Mystery (2013), recenzja
Next Avicii - True (2013), recenzja
  • Patryk

    Gaga będziesz musiała przebić bardzo dobry album 🙂

    • lukja

      Ogólnie to każdemu w okresie jesień/zima będzie trudno się przebić ze swoim albumem, wychodzi tyle płyt od tylu wykonawców, że sam mam problem co miałbym kupić pierwsze.

      • Patryk

        Ja tam zamawiam PRISM i tyle 😀