Katy Perry – Prism (2013), recenzja


To jedna z największych i najważniejszych premier tej jesieni, a może i całego roku 2013. Czekałem, czekałem i w końcu się doczekałem. Niestety, jest bardzo bardzo źle. Oto smutna recenzja fana Katy Perry, który zamiast długo wyczekiwanego cudownego albumu otrzymał produkt czekoladopodobny.

Na samym wstępie muszę zaznaczyć kilka bardzo ważnych rzeczy – po pierwsze: uwielbiam pop, prostą muzykę, skoczną, przekomputeryzowaną i takie tam. Po drugie uwielbiam Katy Perry, szczególnie jej Teenage Dream, chociaż One of the Boys również jest niczego sobie. Takie kawałki jak E.T., Wide Awake, Circle the Drain, Teenage Dream, I Kissed a Girl, Hot n Cold czy Mannequin są fantastyczne i do dnia dzisiejszego uwielbiam czasem do nich wracać, nigdy się nie zestarzeją. Zatem jak już mniej więcej nakreśliłem, że pop nie jest mi obcy, przejdę do najnowszego wydawnictwa pani Katheryn Elizabeth Hudson, wszystkim znanej jako Katy Perry.

Gdy pojawiło się Roar wszyscy nagle zaczęli wybrzydzać i zastanawiać się, gdzie jest ta cała mroczna i inna Perry, która była zapowiadana. Nie ma jej, bo nie doczytaliście wszystkich wypowiedzi wytwórni artystki oraz jej samej. Mroczny i ciężki, to był okres, w którym ten album powstawał. Nie zaowocowało to jednak poważniejszą i bardziej wymagającą muzyką. Katy Perry wyszła „z dołka” dzięki pisaniu i nagrywaniu piosenek skocznych, przaśnych i optymistycznych. I taki właśnie jest Prismprzaśny.

 

Roar jest kawałkiem, który mi się podoba, chociaż gdzie mu chociażby do takiego Wide Awake czy The One That Got Away? Jedno nijak się ma do drugiego. Perry do tej pory nagrywała proste piosenki o miłości i zwyczajnych sprawach. Głównie była to miłość, młodzieńcze rozterki, rozstania i takie tam proste rzeczy. Śpiewała o tym w sposób normalny, bez zbędnego filozofowania, wymyślania. I to jest właśnie ta rzecz, która najbardziej przeszkadza mi w albumie Prism dziwne filozofie.

Teksty, które zaprezentowała nam artystka są najzwyczajniej w świecie śmieszne. I nie w tym pozytywnym znaczeniu – śmieszne, zabawne – tylko w tym złym znaczeniu – śmieszne i żenujące. Prawdziwym gwoździem do trumny dla mnie jest utwór Double Rainbow. Sama melodia i produkcja nijako ciągnie ten kawałek, jednak tekst rozłożył mnie na łopatki.

Oto bridge:

They say one man’s trash is another man’s treasure

Naprawdę? To jest takie potrzebne? Czyjś śmieć jest dla kogoś innego skarbem? Idźmy dalej, refren:

‚Cause I understand you, we see eye to eye
Like a double rainbow in the sky
And wherever you go, so will I
‚Cause a double rainbow is hard to find

Do trzeciej linijki jest świetnie, serio, nie ma się do czego przyczepić. Jednak wtedy następuje fraza-killer. Najpierw Perry śpiewa, że się rozumiemy, oko w oko jesteśmy, jak podwójna tęcza, zawsze się znajdziemy i takie tam. A potem wyskakuje nam z tekstem, że podwójna tęcza jest trudna do znalezienia. Co ma piernik do wiatraka? Jesteśmy razem i się rozumiemy, a podwójna tęcza jest trudna do znalezienia. Matko! Oniemiałem… to trochę jakby sparafrazować poprzedni przebój Perry, Fireworkkochanie jesteś fajerwerkiem, ale niebo jest niebieskie.

 

Perełek tego typu jest na krążku jest naprawdę sporo, a wszystkie sprawiają wrażenie, że przy każdym tekście pracowało dziesięć osób i każdy chciał dodać coś od siebie. Nie ważne, że nie ma to sensu, ale wrzućmy chociaż jedno zdanie, niech będzie! Niech się rymuje!

Również pod względem produkcji, wiele kawałków jest na bardzo słabym poziomie. Są po prostu nudne i niczym się nie wyróżniające. Ale tu następuje paradoks Perry – bo są też takie, które innowacją i zaskoczeniem punktują bardzo wysoko. I tak obok okropnego This Is How We Do czy International Smile (będącego drugą wersją Last Friday Night) mamy fenomenalne Dark Horse, które przypomina mi trochę Climax Ushera (co prawda Diplo w tym palców nie maczał, ale czuć jego ducha). Za ten kawałek naprawdę należą się brawa wszystkim, którzy pracowali przy tym utworze.

Niestety, na 16 utworów, na które składa się wersja Deluxe albumu, tych, które lubię jest 5. Słownie: pięć. Pierwszy to pozytywne Roar, drugi to fenomenalne Dark Horse, potem Walking on Air, które byłoby lepsze bez tego dziwnego głosu na początku, ale i tak jest spoko. Potem Legendary Lovers, które z jednej strony mi się podoba, chociaż z drugiej strony pseudo-rapowanie Perry w zwrotkach jest okropne. Ale da się to znieść i kawałek jest na plus. Ostatni utworem, który jest dla mnie na plus to By The Grace of God. Już podczas iTunes Festivalu, gdzie Perry zaśpiewała go na żywo, wiedziałem, że ten utwór mi się spodoba. Trochę za dużo w nim produkcji i wersja samo pianino i Perry byłaby lepsza, ale nie będę wybrzydzać. W tak zły albumie i to dobre (coś a la na bezrybiu i rak ryba).

Reszta jest koszmarem. Dlaczego? Jest po prostu zła: ma okropne teksty, nijaką produkcję i melodię, niczym się nie wyróżnia i dla artystki, która nagrała między innymi takie znakomite kawałki jak Teenage Dream, mocne Circle the Drain, zadziorne I Kissed a Girl czy melancholijne Wide Awake i The One That Away – po prostu nie przystoi. Jeśli pomyślę, że Perry zamierza promować ten album przez kolejne dwa lata, to robi mi się nie dobrze – a już pierwszym takim niesmaczkiem jest drugi singiel – Unconditionally – prawdopodobnie najgorszy utwór dla mnie na płycie. Bez dwóch zdań. Wiem, że Perry umie trochę śpiewać, czasem coś tam wyciągnie, jednak przy tym utworze na żywo będzie męczyć się i nas tak samo jak przy Firework. Po prostu tego nie wyciągnie, koniec kropka.

Podsumowując, Prism to album zły, wielkie rozczarowanie. Bo jestem fanem Katy Perry, fanem popu, ale tego albumu nie przełknę. Pod żadnym pozorem, a dawałem mu już wiele, wiele szans, przesłuchałem go w całości kilkanaście razy. Niestety, wolę wrócić do One of the Boys i Teenage Dream, które są – jak na muzykę  rozrywkową i dobry pop – wybitne. Prism niestety ląduje u mnie w worku Worst Albums of the Year. I jest mi z tym bardzo, bardzo źle.

Ocena: 3/10

Katy-Perry-Prism-2013

Previous John Newman - Tribute (2013), recenzja
Next Kayah - Transoriental Orchestra (2013), recenzja