Kayah – Transoriental Orchestra (2013), recenzja


To nie jest łatwy album. Ale i tak miał nie być. Kayah po raz kolejny pokazała, że jest artystką ponadprzeciętną, może nagrywać i robić to, na co ma ochotę. Tym razem zmierzyła się z muzyką żydowską na całym świecie. Oto podróż Kayah, w którą nas zabiera. Mnie się podobało.

Nie jest prosto recenzować taki album. Nie jest prosto też i go słuchać. Trzeba mieć konkretny humor, konkretne nastawienie, aby dobrze odebrać. Albo na coś takiego macie ochotę, albo nie.

Kayah nie poszła do końca w bardzo eksperymentalną drogę – obok kawałków w językach nam po prostu nieznanych, nagrała również polskie wersje kilku utworów. Nim jednak do tego dojdę – po kolei. Cała przygoda rozpoczyna się utworem Kondja mia, Kondja mia. Klimatyczny, mroczny początek albumu. Dalej jest tylko lepiej. Muzyka artystki wprost eksploduje najprzeróżniejszymi dźwiękami, instrumentami. Jest tu praktycznie wszystko co egzotyczne, eksperymentalne, inne, niespotykane. I o ile w większości obcojęzycznej części albumu panuje spokój, nastrojowość, nawet posępność i mrok – o tyle całość burzą kawałki Hava Nagila i El Eliyahu. I burzą to napięcie w sposób znakomity, nie jest to minus. Cztery klimatyczne kawałki, przerwane eksplozją dźwięków, zabawy i tańca. Doskonałe wyważenie emocji i napięcia.

[hr align=”center” weight=”thick”]

Kontynuujemy naszą podróż po obcych językach, aczkolwiek już przy utworze numer dziewięć pojawiają się słowa, która znamy. Rebeka, pierwszy kawałek promujący album w Polsce to kompozycja wprost dokonała. I zdecydowanie dla mnie to jest najlepszy utwór na krążku. Odnajduję w nim nutkę mojego ulubionego wydawnictwa od Kayah – Kayah & Bregović. Oh jak ja bym chciał, aby ten duet nagrał drugą część tego arcydzieła! Tak się pewnie jednak nie stanie, niestety. Po Rebece jeszcze jeden utwór, którego po prostu nie zrozumiemy, po czym przepiękna ballada Warszawo ma. Przerażające, porażające i elektryzujące dwie minuty wprost wgniatają w fotel. Inaczej nie da się określić tej kompozycji.

[hr align=”center” size=”double” weight=”thick”]

Po dwunastu utworach następują polskie wersje wybranych utworów. I tak mamy Muszlo moja, czyli polska wersja piosenki otwierającej albumu. Nie mnie już i cóż to świetna kompozycja, która nadawałaby się na kolejny, zimowy singiel z tego albumu. To ta znana wszystkim dobra i hipnotyzująca Kayah-Szamanka, Kayah etniczna. Nie ma dat jest lekko jednostajne i monotonne, jednak to również kolejny polski utwór, który lekko rozjaśnia nam myśl przewodnią albumu.

[hr]

Czy to wydawnictwo odniesie sukces? Może. Kayah poszła o trzy kroki dalej niż Halina Mlynkova. Mlynkova nagrała album Po drugiej stronie lustra, gdzie inspirowała się muzyką irlandzką. Jednak samej Irlandii mało na tym albumie, Halina poszła drogą bezpieczną. Kayah jest artystką, która ma swój status w Polsce i może robić, co się jej żywnie podoba. To też i nagrała album, na jaki miała chęć bez zważania, czy „to się sprzeda”. Dobra, zaryzykuję stwierdzenie – sprzeda się. Jest spora część dojrzałej publiczności, którą te dźwięki po prostu porwą. Ja do niej należę. Mnie album zaczarował, zainspirował, skłonił do rozmyślań i rozważań. Znalazłem tu znakomite kompozycje takie jak wspomniana Rebeka czy elektryzujące Warszawo ma. Utwory których – mówiąc wprost – nie rozumiem, czyli te w innych językach, nadrabiają swoją kompozycją instrumentalną, produkcyjną. Ich się po prostu znakomicie słucha! Tu wyróżnić mogę znakomite El Eliyahu, magnetyczne Transoriental i radosne Hava Nagila. Zdecydowanie polecam zapoznać się z tym albumem – przed zakupem możecie w całości go wysłuchać gdzie chcecie: WiMP, Deezer czy Spotify. Warto, serio – warto!

 

[hr]

Kayah_Transoriental_Orchestra_cover

Previous Katy Perry - Prism (2013), recenzja
Next Céline Dion – Loved Me Back to Life (2013), recenzja