Ke$ha – Warrior (2012), recenzja Łukasza Mantiuk


It’s pretty obvious that you’ve got a crush… Śpiewa Ke$ha w utworze Die Young. Później dodaje w C’mon Come gimme some of that yum like a lollipop… Nie będę kłamać – ja mam crush do niej, a jej muzyka jest jak yum lollipop.

Nie będę kłamać, Ke$ha mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Jej debiutancki Animal był średni mimo zawartości kilku fajnych utworów (tak, w tym przypadku nijakie słowo ‘fajny’ pasuje jak najbardziej). Cannibal już był dużo lepszy – Blow czy The Harlod Song – to świetne utwory nie-do-myślenia. Jaki jest album Warrior? Wow, waleczny na pewno. I zaskakująco dobry.

Tak jak napisałem we wstępie – utwory Ke$hy to nic innego jak yum lollipopy – przepyszne lizaki.  Już przy recenzji Pitbulla pisałem, że lubię takie puste i niezobowiązujące utwory (nie napiszę numerki, nie nie). Z prostym tekstem i mnóstwem „młynków” czy „mózgotrzepów” – jakkolwiek nazwać te elementy utworów, gdzie mamy komputerowe brzdęki, dźwięki i nikt nie śpiewa. Nawet mądre użycie dubstepu jest ok. A Ke$ha poszła jeszcze dalej, wymieszała owe młynki ze swoim wokalem, zabawiła się wszelakimi samplami, a nawet pokusiła się o dodanie rocka i pop rocka.

Gdy premierę miało Die Young to już na samym starcie założyłem – o nie, co ona robi. Miało być rockowy i z zadziorem, a ona mi tu przedstawia odświeżoną wersję Good Feeling Flo Ridy (którego nie znoszę). Na szczęście – ani Die Young, ani drugi singiel C’mon nijak mają się do zawartości krążka. Owszem, są spójne, jednak gdyby uszeregować utwory to są one na samiutkim końcu (razem z przesadnie wulgarnym Gold Trans Am z deluxe’a). Album jest pełen świetnie skomponowanych, komputerowo dopracowanych i dopieszczonych club bangerów. Na przód wysuwają się tutaj kawałki Supernatural, All That Matters (Beautiful Life) czy tytułowy Warrior – wszystkie trzy podobne do siebie, wszystkie trzy ze szczyptą dubstepu, odpowiednią ilością „młynków” i wszystkie trzy niesamowicie mi się podobające. Dołącza do nich zabawne i lekko zadziorne Only Wanna Dance With You z dołączającym pod koniec Julianem Casablancasem z The Strokes. Julian to nie jedyny gość tego krążka…

Dirty Love. Zapamiętajcie te dwa słowa – jeśli Ke$ha zdecyduje się na wydanie tego utworu jako singla, to prawdopodobnie zdobędzie swój kolejny numer jeden. Wszędzie. W tej świetnej, pieprznej kompozycji wraz z artystką śpiewa legenda – Iggy Pop. Nie jest to jakaś tam kompozycja, to zjawiskowe pop rockowe cudo. Jest to zdecydowanie najjaśniejszy element krążka Warrior i prawdopodobnie najlepszy utwór jakikolwiek kiedykolwiek Ke$ha stworzyła.

Artystka pokusiła się również o ballady. I o ile te z standardu – Wonderland i Love Into the Light – kompletnie nie przypadły mi do gustu, to już Past Lives z deluxe jest zjawiskowe. Spokojne, mądre i z naprawdę dobrym tekstem. Dla tego kawałka – jak również dla przebojowego Out Alive i Last Goodbye warto zakupić rozszerzoną wersję albumu.

Teksty Ke$hy są proste, ale w wielu przypadkach ciekawe. Warto dodać, że Ke$ha wiele tekstów stworzyła razem ze swoją matką Pebe Sebert (jak np. właśnie Dirty Love czy tytułowe Warrior). Wracając do samej treści tekstów – szczególnie podoba mi się ten do Out Alive:

All the gold on earth, it won’t buy time / So we might as well give up the fight / Live it up tonight / No one’s getting out alive!

…czy Past Lives (ten utwór naprawdę mnie bardzo zaskoczył):

We were nothing more than stardust / Just the galaxy beneath us / You found me / Then we made it though the ice age…

Oczywiście nie zabrakło tutaj wulgarnej i dwuznacznej linii tekstowej jak chociażby C’mon:

Now don’t even try to deny / We’re both going home satisfied.

Ke$ha stworzyła album, który odważnie i śmiało mógłbym postawić obok Global Warming Pitbulla, Glassheart Leony Lewis, Lotusa Aguilery (który jest jednak dużo lepszy), 18 Months Calvina Harrisa czy Take Me Home One Direction. Przebiła jakością i pomysłem nijaki Unapologetic Rihanny, jest o ciut lepiej od wspomnianych już Pitbulla czy Leony Lewis. Stworzyła świetny, popowo-elektroniczny album. I może nie jest to arcydzieło, za które artystka powinna otrzymywać Grammy, to nie mniej jednak nie boję się powiedzieć, że jest to dobry album. A jak na Ke$hę – nawet bardzo dobry.

P.S. Jednej rzeczy jej nie wybaczę. CO TO ZA OKŁADKA?!

Autor oceniał wersję deluxe krążka.

Previous Oscars Featurette 2013, Filmy animowane (6/11)
Next LemON – LemON (2012), recenzja Łukasza Mantiuk