Kings of Leon – Mechanical Bull (2013), recenzja


Gdy powiem bracia Followill to – na szczęście – sporo ludzi będzie wiedziało o kogo chodzi. Gdy powiem Kings of Leon,  o kogo chodzi będzie wiedział każdy. Ja należę do fanów zespołu, którzy odkryli go po sukcesie związanym z Sex on Fire i Use Somebody  – i to chciałbym, abyście cały czas mieli w pamięci.

Kolejną rzecz, którą musicie mieć w pamięci czytając tę recenzję – nie jestem jakimś wielkim fanem rocka, hard rocka czy indie. Przeważnie zasłuchuję się w Christiny Aguilery, Beyonce, Alicie Keysy czy Justiny Timberlake’i. Taki mainstream raczej. Co jednak ważne, w swojej biblioteczce ukochanych mam również Linkin Park, Within Temptation czy właśnie Kings of Leon. Na Mechanical Bull czekałem bardzo, ponieważ Only by the Night wielbię, a Come Around Sundown lubię – czyli dwa poprzednie albumy zespołu. Twórczość przed wielkim sukcesem na całym świecie znam, jednak podchodzę do niej z dystansem. W sumie to sam nie wiem dlaczego, w końcu nie różni się ona jakoś bardzo od kolejnych dzieł rodzinki Followillów. Ale to już temat na inny wywód. Dziś tematem numer jeden jest szósty studyjny album Kings of Leon. A jednocześnie – już teraz mogę to stwierdzić – jeden z najlepszych albumów roku 2013.

Gdy pojawił się pierwszy singiel – Supersoaker – nie zachwycił mnie jakoś od razu.  Później dane mi było również usłyszeć Don’t Matter na żywo podczas gdyńskiego Open’era. Też mnie nie porwało. Moje obawy co do tego albumu były coraz większe. I wtedy nadszedł wrzesień, a Mechanical Bull dostało się do mojego odtwarzacza.

kings-of-leon-cover-990

„Połknąłem” go w całości. Od pierwszej do ostatniej piosenki (Last Mile Home w wersji Deluxe) zostałem zaczarowany. Już nawet ten Supersoaker jakoś zaczął mi się podobać, a Don’t Matter było ok i na miejscu. Krążek jest magiczny, od a do zet składny, poukładany i dobrze zaplanowany. Kawałki dynamiczniejsze przeplatane są utworami balladowymi. Co jednak ja muszę zaznaczyć, cały album jest jednak bardziej spokojny. Może właśnie dlatego mi się tak bardzo podoba, ponieważ nie lubię aż tak super ostrego rocka, wolę  bardziej spokojny, liryczny. I właśnie taka jest nowa płyta Kings of Leon – spokojna, można nawet rzec – jesienna.

Urzekło mnie dosłownie wszystko – przede wszystkim znakomity, brudny i drapieżny wokal Caleba, czarujące instrumenty – i to nie tylko tam jakieś zwykłe gitary. Panowie bawią się wszystkim, co dała im bozia. Cudowna solówka na początku utworu Rock City, powoli sunące Beautiful War (mój ulubiony utwór na płycie), szalone Temple, lekko zabawne i zadziorne Family Tree czy utwór Tonight, który moim zdaniem może mieć potencjał Use Somebody. Oczywiście, nie powtórzy jego sukcesu – żaden utwór już nie odniesie takiego sukcesu – ale czy musi?

[divider]

Wiadomo, że jak odniesie się taki sukces jak z płytą Only by the Night, to ciężko będzie potem to przebić. Panowie z Kings of Leon wcale się nie silą na to, aby czegoś takiego dokonać. Nie próbowali tego na Come Around Sundown, nie próbują teraz na Mechanical Bull. Po prostu grają swoje. Idąc dalej, uważam, że ten krążek jest lepszy od Come Around Sundown. Przyjemniejszy i łatwiej przyswajalny.

Wśród kawałków, które urzekły mnie najbardziej jest już wspomniane Beautiful War, ale również zamykające płytę w wersji Deluxe Last Mile Home, cudowne Comeback Story czy subtelne On the Chin. Wait for Me, będące wyborem na drugi singiel, to również świetny kawałek, chociaż jako taki spokojny pasowałby mi bardziej na singiel numer trzy, a drugim był zrobił utwór Tonight.

Pierwszy raz przy płycie, która naprawdę mi się podoba nie mam słowotoku. Zwykle, gdy jestem zachwycony jakimś albumem powstają recenzje na milion słów. W tym przypadku nie chcę pisać, wolę iść i słuchać tego przecudownego albumu. Jeśli czytacie na bieżąco moje recenzje, to wiecie, że powoli szykuję swoje podsumowanie roku. Krążek Kingsów w chwili obecnej znajduje się na trzeciej lokacie. Dwie pierwsze zajmują wydawnictwa Justina Timberlake’a, ale to temat na inne opowiadanie. Tymczasem – idźcie, kupcie i słuchajcie Mechanical Bull.

[divider]

kings of leon

Previous Avicii - True (2013), recenzja
Next Justin Timberlake - The 20/20 Experience 2 of 2 (2013), recenzja