Kobieta w czerni (2012)


Nienawidzę horrorów. Nie oglądam ich. I to z wielu powodów. Po pierwsze: tych krwistych, gdzie ręce i nogi niekoniecznie trzymają się swoich właścicieli po prostu się brzydzę. Nie bawi mnie torturowanie i rozczłonkowywanie ludzi. Po drugie: tych strasznych, o duchach i wszelakich wyskakujących zjawach się boję. Proste. „Kobietę w czerniJamesa Watkinsa obejrzałem z jednego powodu. Bardzo ciekawi mnie jak aktorzy, których poznaliśmy dzięki sadze o Harrym Potterze poradzą sobie bez historii o (już nie małym jak zwykło się pisać) czarodzieju.

W „Kobiecie w czerni” główną rolę gra nie, kto inny, a właśnie Harry Potter – wróć – Daniel Radcliffe. Wciela się on w postacie prawnika i ojca czteroletniego dziecka. Kolejnym zdaniem, które zostało mu przydzielone jest przygotowanie i sprzedanie wielkiej rezydencji położonej na Węgorzowych Moczarach. W okolicznej wiosce wszyscy milczą na temat wydarzeń, które miały miejsce w tym domu. Bohater sam wybiera się do opuszczonej willi by odkryć jej tajemnicę.

Horrory tego typu praktycznie nie istnieją w kinie XXI wieku. Teraz rządzą jedynie krwiożercze piranie, nieśmiertelna seria „Piły” i przeróżne zmutowane potwory z lasów i jaskiń. Jest jeszcze seria „Oszukać przeznaczenie” i „Paranormal Activity”. I to by było na tyle – prawdziwego, strasznego, klasycznego horroru dawno nie było. Obraz Jamesa Watkinsa próbuje tę lukę zapełnić, chociaż wychodzi mu to średnio…

Kobieta w czerni” cierpi na strasznie nierówności. Praktycznie pierwsza połowa filmu jest nużąca, powolna i nijaka. Przeciągnięte do bólu możliwości sceny typu ‘zaraz coś wyskoczy’ są świetnie zbudowane, mają klimat (głównie zbudowany wspaniałą scenerią i muzyką) nie mniej jednak to za długo to niezdrowo. W pewnym momencie chce się krzyknąć: ‘no wyskakuj wreszcie skądś tam!’. I nie wyskakuje, i tak jeszcze chwilę. Z drugiej strony takie celowy zabieg może być skuteczny – gdy już jesteśmy kompletnie zmęczeni tym oczekiwaniem i lekko przestajemy być uważni… wtedy wyskakuje. I straszy dwa razy bardziej, niż powinno. Jeśli taki był cel – brawo, udało się. Wymęczyliście, ale wystraszyliście. Mnie to jednak nie bawiło, lubię się być straszonym w taki sposób, ale jednak w tym przypadku momentami pozwolono sobie na zbyt dużo.

Kolejnym bolesnym faktem – dla Daniela Radcliffe’a – jest to, że dla mnie on nadal cały czas był Harrym Potterem i ciężko było mi uwierzyć, że to jest prawnik, ojciec, dorosły mężczyzna… Ja w nim cały czas widzę czarodzieja i w głowie mam pytanie – ‘gdzie jest Hermiona i Ron?’. Wydaje mi się, że jeszcze dużo wody w Wiśle upłynie nim Daniel Radcliffe,  Emma Watson i Rupert Grint będą Danielem, Emmą i Rupertem, a nie Harrym, Hermioną i Ronem. Mam tylko nadzieję, że reżyserzy pomogą im w pozbyciu się tych etykietek i chętnie będą ich zapraszać do swoich produkcji.

Wracając do „Kobiety w czerni”, film podobał mi się średnio – głównie poprzez przydługie sceny i nijaką pierwszą połowę. Potem było lepiej – i straszniej, i ciekawiej. Ogromnym plusem tego obrazu, przez który jestem w stanie dodać nawet pół gwiazdki, czy też całą – to zakończenie. Odważne, niestandardowe i pozostawiające pozytywny wydźwięk filmu jako obrazu przemyślanego, zaplanowanego i śmiałego. Aby wyciągnąć z „Kobiety w czerni” Jamesa Watkinsa wszystko, co reżyser chciał nam przekazać – polecam seans w nocy, przy zgaszonych światłach w niezbyt rozbudowanym gronie, które nastawione jest na obejrzenie filmu, a nie na pogawędki I obejrzenie filmu.

Previous Królewna Śnieżka (2012)
Next Igrzyska Śmierci (2012)