Kod nieśmiertelności (2011)

1
406
8 minut

Duncan James zadebiutował w 2009 niesamowicie interesującym filmem pt. „Moon”. I niestety, wystartował z bardzo wysokiego pułapu i wydaje mi się, że trudno będzie mu go przebić. „Kod nieśmiertelności” nie jest zły, ale daleko mu do ideału.

Bohater (Jake Gyllenhaal) budzi się w pociągu, nie wie, dlaczego tu się znalazł. Kobieta siedząca przed nim zachowuje się jakby go znała, ale on jej nie kojarzy. Po ośmiu minutach pociąg wybucha, a mężczyzna budzi się w nieznanej mu jednostce wojskiej. Po chwili wszystko jest jasne – to amerykański (a jakże) eksperyment rządowy, w którym mamy zabawę z czasem.

Po pierwszych ośmiu minutach miałem złe przeczucia. Myślałem, że co chwila będziemy oglądać te same sceny i dupa. Nawet jak będą dodawane nowe wiadomości itd., to już kilka podobnych filmów było (choćby „8 części prawdy”), które nie podołało takiej konstrukcji fabuły. Duncanowi jednak się udało, stworzył film interesujący, który dodatkowo ma trochę głębsze dno. Oglądając stawiamy sobie sami pytania, na które reżyser jednoznacznie nie odpowiada. Bo bohater siedzi we wspomnieniach, ale ma tylko osiem minut na uzyskanie potrzebnych informacji. A co z wpływaniem na dane wydarzenia? Jak daleko można zaingerować, co to tak naprawdę da, czy pomoże w czymkolwiek?

Podobała mi się chemia między Jake’iem Gyllenhallem a Michelle Monaghan. Oboje bardzo ciekawie odtworzyli swoje role, szczególnie Gyllenhall. Obserwuję karierę aktora od kilku lat i każdy film, w jakim grał nie schodzi poza określony, dobry poziom. Wystarczy tu wymienić chociażby ubiegłoroczne „Miłość i inne używki”, ale także bardzo dobre „Bracia”, „Zodiak”, „Transfer” czy „Dowód”. Nawet te wielkie, popcornowo-rozrywkowe kino z jego udziałem jest znakomite – „Książę Persji: Piaski Czasu” czy jeden z moich ulubionych filmów katastroficznych – „Pojutrze”. Widać w nim konsekwencję wyboru filmów, w których gra.

Podsumowując, Duncan stworzył kolejny, dobry film w swojej karierze. Nie przebił debiutu, nie mniej jednak dotrzymuje kroku samemu sobie (jak dziwnie to brzmi). Z zaciekawieniem czekam na kolejne jego projekty. Mam nadzieję, że nie wpadnie we własne sidła tak jak M. Night Shyamalan.

Moja ocena: 7+/10