Zła macocha każe zabić swoją pasierbicę – Śnieżkę. Litościwy Myśliwy daruje jednak życie młodej królewnie. Śnieżka poznaje siedmiu krasnoludków, którzy dwukrotnie ratują ją przed złymi poczynaniami macochy. Ta jednak znajduje w końcu sposób, by skrzywdzić Śnieżkę i daje jej do zjedzenia zatrute jabłko. Wtedy pojawia się Książę, z ust księżniczki wypada zatruty kawałek jabłka a Śnieżka budzi się do życia. Zło zostaje pokonane. Taka wersję opowieści o Śnieżce i siedmiu krasnoludkach znamy z baśni braci Grimm.

Mało znany reżyser, Tarsem Singh, postanowił nieco odświeżyć klasyczną baśń. W wersji Singha, w Królestwie również rządzi Zła Królowa (Julia Roberts), która jednak zmaga się z problemami finansowymi. Musi szybko poślubić jakiegoś bogatego księcia. Śnieżka (Lily Collins) w dniu swoich osiemnastych urodzin opuszcza zamek, by zobaczyć jak wiedzie się jej poddanym. Widzi biedę, ubóstwo i strach przed Potworem. Siedmioro krasnoludków zostało wygnanych do lasu, ponieważ byli “inni”. Tymczasem do Królestwa przybywa piękny i młody książę Walencji… (Armie Hammer)

Oglądając adaptację Singha aż chcę się powiedzieć: Spielberg czy Lucas zrobiłby z tego arcydzieło! Reżyserowi zabrakło niestety i warsztatu, i pomysłu na poprowadzenie historii. Scenarzyści Jason Keller V i Melissa Wallack to debiutanci. Da się to odczuć: dialogi są, jakie są – raz bardzo ciekawe i z polotem, to znów patetyczne, i moralizatorskie. Oglądałem wersję z polskim dubbingiem, nie mam więc pewności, że w oryginale dialogi są tak samo nierówne. Wydaje się jednak, że polskie dialogi są stosunkowo wiernym tłumaczeniem. Zwłaszcza, że próżno w nich szukać smaczków i odnośników do polskiej kultury, jakie znamy chociażby z polskich wersji filmów z zielonym ogrem. Zresztą nie warto ich nawet porównywać. W „Śnieżce” polski dubbing jest po prostu okropny. I nie chodzi już nawet o same dialogi, ale o ich aktorskie interpretacje. O ile Agatę Kuleszę jako Złą Królową dało się jeszcze jakoś znieść, o tyle Marta Żmuda-Trzebiatowska w roli Śnieżki i jej przesłodzony do granic możliwości głos, drażnił od pierwszego wypowiedzianego przez dubbingowaną bohaterkę zdania.

Pod względem fabularnym film jest znośny. Zastosowano kilka naprawdę ciekawych rozwiązań i zawirowań w stosunku do oryginalnej historii. Niestety, gdzieś pod koniec reżyserowi zabrakło pomysłu, tempa, finezji i konsekwencji. Nie pomogły ani przepiękne zdjęcia, ani tak wielbiona przeze mnie Julia Roberts. Nie pomogły też fenomenalne kostiumy. Nieuchronnie pojawia się tu skojarzenie z inną adaptacją klasycznej baśni – „Alicją w Krainie Czarów”  Tima Burtona, która podobnie jak „Królewna Śnieżka” była świetnie dopracowana od strony technicznej, zapomniano jednak o scenariuszu i fabule. Jeśli zatem już koniecznie chcecie zobaczyć Julię Roberts jako Złą Królową koniecznie wybierzcie się na seans bez polskiego dubbingu. Ten radziłbym omijać szerokim łukiem. Takim naprawdę szerokim.