Leona Lewis – Glassheart (2012), recenzja Łukasza


Godzinę temu w swojej recenzji Zuzanna zastanawiała się, czy Leona Lewis jest w stanie powtórzyć swoje poprzednie sukcesy. Nie jest, nikt nie jest – no chyba, że nazywa się Adele. Ale to jest Leona, też z Wielkiej Brytanii. A Glassheart… Mógłby być albumem świetnym, ale jest tylko krążkiem dobrym, poprawnym. Oto dlaczego.

Brak Leonie odwagi. Po prostu. Mimo tworzenia swojego już trzeciego krążka i statusu międzynarodowej gwiazdy, Leona wciąż wydaje się słuchać podpowiadaczy, pomocników, którzy mówią jej to i owo.

Na albumie Glassheart mamy kilka odważnych, ciekawych kompozycji, które mogłyby wskazać dalszy kierunek kariery Leony. Jest tam też jednak dużo utworów, które przypominają poprzednie dwa albumy Brytyjki – Spirit i Echo. Brak tutaj konsekwencji – czy ryzykujemy i tworzymy coś nowego, świeżego – czy może kontynuujemy to, co było na poprzednich albumach. Powstał misz-masz, który mi osobiście do gustu nie przypadł.

Album nie jest spójny – przez ten misz-masz właśnie. Pierwszym singlem było Collide, które nie przyjęło się. W ogóle, a w ogóle, fani nie chcieli tanecznej, dynamicznej Leony. A ona chciała, widać, że chciała nagrać właśnie taki album – ale słaba sprzedaż pierwszego singla zmusiła ją i jej wytwórnię do porzucenia projektu i przesunięcia premiery albumu o rok.

Na Glassheart wciąż mamy kilka kompozycji przypominających Collide (to pewnie zasługa Leony), ale są również utwory SpiritoEcho-podobne. Czy takie standardowe pościelówy Leony. Jak naprawdę było nie wiadomo, równie dobrze mogło być odwrotnie – może to wytwórnia chciała elektronicznej Leony, a ona sama wolała śpiewać swoje smutasy?

The best…

Spójrzmy jednak na album. Brawa należą się z utwór Come Alive będący widoczną inspiracją tak popularnym w dzisiejszych czasach dubstepem. Współgra on idealnie z głosem artystki. To jest ten kierunek, który Brytyjka powinna przyjąć. Idąc tym tropem dalej, I to You to kolejna kompozycja, gdzie wraz z głosem Leony mamy przeróżne elektroniczne elementy. I na koniec Un Love Me, będące swoistym pomostem między Echo – poprzednim albumem – a Glassheart. Bo i jest tutaj elektronika, mocny bit, ale również melodia i ta nuta nostalgii w głosie Leony, która przypomina Better in Time czy Bleeding Love. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Un Love Me to naturalna kontynuacja tych dwóch, wielkich przebojów.

Jest jeszcze Glassheart będące najbardziej elektronicznym, house-owym utworem krążka. Jest on nawet bardziej dynamiczny niż Collide. Mnie osobiście się podoba, nie uważam jednak, że powinien zostać singlem. Ani fani, ani Wielka Brytania nie są jeszcze gotowi na taką Leonę. Ostatni – w tym kierunku idący – utwór to Sugar, dostępny na wersji deluxe krążka. Znów strzał w dziesiątkę, znów bardzo mi się podoba (to coś a la Collide Part 2).

A co z całą resztą? Wspomniałem tu zaledwie o pięciu utworach, a na albumie jest ich trzynaście (plus sześć kolejnych na deluxe). Cała reszta to utwory przypominające twórczość Leony z dwóch poprzednich albumów. Nie oznacza to, że są złe. I tak np. w przypadku Shake You Up Leona bawi się muzyką lat 80., Fingerprint to standardowa, emocjonalna ballada Brytyjki, Lovebird to kompozycja prawie identyczna jak Bleeding Love, a Fireflies – oficjalny kolejny singiel – przypomina Run. To utwory, które są znośne, które są ciekawe i coś w nich znaleźć.

…and the rest

Jednak kompletnie do gustu nie przypadła mi ostatnia część albumu. Nie czuję Stop the Clocks, Favourite Scar czy When It Hurts. Są to dla mnie utwory nijakie, niepotrzebne – zwyczajnie zapychające album. Co ciekawe, album zamyka i otwiera singiel Trouble – z tymże jednak na początku w wersji solowej, a na koniec – z kompletnie niepotrzebnym rapem Childish Gambino gdzieś w środku.

Deluxe Edition

Pochwalić trzeba również wersję Deluxe Edition. Zawiera ona utwory Trouble, Come Alive, Glassheart oraz Colorblind w wersjach akustycznych. Doskonałe, doskonałe – rewelacyjny głos Leony Lewis w naturalnym brzmieniu. Oprócz tego jest tutaj jeszcze wspomniany wcześniej Sugar (który osobiście umieściłbym na podstawowej wersji krążka) oraz remiks Collide. Okazuje się, że na żadnej z edycji nie znajdziemy standardowej wersji singla Collide.

Podsumowując, Glassheart to nie jest krążek zły, jest po prostu niespójny i nie do końca przemyślany. Musiała powstać tam jakaś wielka walka, gdzie jeden obóz walczył o utwory typu Come Alive czy I to You, a drugi obóz o Fireflies czy Lovebird. Ja osobiście jestem w obozie numer jeden i głównie przez te utwory daje mocne 7. Come Alive i I to You to istne majstersztyki.

Previous Loreen - Heal (2012), recenzja
Next Céline Dion - Sans Attendre (2012), recenzja