Looper – Pętla czasu (2012)


Co jest nie tak z tym filmem? Nie wiem, ale jest poje… użyłbym niecenzuralnego słowa, ale po co. Tematyka podróży w czasie zawsze była jakaś taka… ciężko strawna.

Jedynie film, który dotknął podróże w czasie w sposób akceptowalny, a wręcz nawet świetny – to „Powrót do przyszłości”, cała trylogia, bez wyjątku. No dobra, ale wracając do „Loopera”.

Pomysł jest taki, że ileś tam lat do przodu w końcu znaleziono pomysł na podróże w czasie. Jednak są one nielegalne, a „przywłaszczył” je sobie rząd. W przyszłości również nie można zabijać, bo nie ma co zrobić z ciałem potencjalnego uśmierconego. Nie mniej jednak rząd wymyślił, że zabitego delikwenta wysyłać będzie w przeszłość. Tam czeka już na niego (w umówionym miejscu, o umówionej godzinie) Looper, który bez zastanowienia zabija wysłanego człowieka, a potem pozbywa się jego ciała. Takim to właśnie Looperem jest główny bohater Joe (Joseph Gordon-Levitt).

Nie jest również tajemnicą, że Joe będzie musiał zabić siebie samego – starszego Joe (Bruce Willis). Takie coś to domykanie pętli. Z tymże coś pójdzie nie tak i mamy całą fabułę filmu.

Nie podobał mi się ten film, pomimo wielu aspektów, które mogłyby sprawić, że jednak go polubię. Przede wszystkim uwielbiam science fiction, uwielbiam podróże w czasie – mimo, że jak wcześniej napisałem, mało kto potrafi to „trącić” z rozsądkiem – i w końcu uwielbiam Josepha Gordona-Levitta. Jeden z młodszych aktorów, któremu naprawdę kibicuje. Co prawda w tym roku ani „Looper” ani „Mroczny rycerz powstaje” Oscara mu nie przyniesie, nie mniej jednak może kiedyś, wkrótce?

Film jest najzwyczajniej w świecie nudny. I to nie jest tak, że ja potrzebuję akcji, że będą się ganiać, ścigać i nie wiadomo co. Po prostu scenariusz i dialogi są tak zbudowane, że można się wynudzić. Wszystko jest niepotrzebne wyciągnięte, przeciągnięte i przemielone. Reżyser i scenarzysta powinno popracować na tym tak, aby razem z montażystą skleić z tego krótszy, ale bardziej dynamiczny film. Bardziej przykuwający uwagę i mniej romłucony do granic możliwości.

Podobała mi się za to gra Gordon-Levitta. Mniej już jego charakteryzacja, ale gra aktorska – jak zawsze – na wysokim poziomie. Szkoda, że aktor ten musiał zagrać w takim średnim filmie, bo filmografię ma iście doskonałą: „Mroczny rycerz powstaje”, „50/50”, „Incepcja”, „500 dni miłości”… Co następne?

W sumie – dajcie sobie spokój. Niedługo idę na „Atlas chmur”, to napiszę, czy może na ten lepiej iść, a jak nie to stwierdzę, że w sumie nic sci-fi dobrego w kinach teraz nie ma. Pozostaje czekać na „Hobbita”, albo ponownie obejrzeć „Mrocznego rycerza powstaje”.

Previous Phillip Phillips - The World From the Dark Side of the Moon (2012), recenzja Łukasza M.
Next Oscars Featurette 2013, Filmy animowane (6/11)
  • Sam opis fabuły daje chęć na obejrzenie tego filmu. Wykonanie podobno kiepskie, więc pewnie się nie skuszę – ale czy to kolejny zmarnowany pomysł? Czy jednak z całości i tak nie dało się nic wycisnąć?