Lorde – Royals (2013), recenzja


Lorde pojawiła się znikąd. Chociaż ma niespełna 17 lat, posiada już przebój numer jeden na Billboardzie oraz znakomitą płytę, która mi się strasznie spodobała. Co roku mamy kilku takich artystów jak ona, którzy pojawiają się, mają przebój i znikają. W przypadku Lorde mam nadzieję, że szybko nie zniknie.

Rok temu ni stąd ni zowąd pojawił się zespół fun., Gotye oraz Carly Rae Jepsen. Cała trójka miała hity na szczycie billboardowskiej listy, olbrzymią sprzedaż, fejm. Gdzie dziś są? O Gotye pewnie już nie usłyszymy, Carly próbuje, ale jej to nie wychodzi. Cała nadzieje w fun., którzy po We Are Young mieli jeszcze kolejne przeboje. Teraz pewnie myślą nad nowym albumem, który za pewne okaże się przebojem. Oby tak się stało.

Tymczasem rok 2013 nie przyniósł nam takiego wysypu debiutantów. Kilkanaście tygodni listę okupował duet Macklemore & Ryan Lewis, którzy wpasowują się w klimat wymienionych artystów w poprzednim akapicie. Później mieliśmy już tylko szychy biznesu – Bruno Mars, P!nk, Robin Thicke, Katy Perry i Miley Cyrus. Teraz przyszła kolej na Lorde. Młodziutka gwiazda po cichu wspięła się na szczyt. Kawałek Royals – znakomity swoją drogą – nie szokował… po prostu był i powoli podbijał serca słuchaczy.

Teraz Lorde wydaje swój debiutancki album – Pure Heroine. I okazuje się, że przebojów na miarę Royals jest tam co najmniej kilka. Moje dwa pierwsze typy to Ribs – lekko popowe, lekko elektroniczne… swobodne i chilloutowe. Ponoć najdynamiczniejszy utwór na płycie, chociaż moim zdaniem cały krążek jest w takim słodko-słonym, spokojnym tonie. Drugi przykład na przebój – i mój drugi ulubiony utwór (po Ribs) na krążku to Buzzcut Season. Przypomina trochę Royals i byłby godnym następcą.

Wytwórnia – sama Lorde – zdecydowali się jednak na wydanie Team. To również świetny utwór, chociaż niczym się nie wyróżniający. Royals, Ribs oraz Buzzcut Season są takie trochę inne, mają w sobie coś takiego fajnego, niepowtarzalnego. Natomiast Team jest już raczej bardziej standardowe, bezpieczne.

Jeśli chodzi natomiast o utwory w ogóle zwariowane to urzekło mnie otwierające album Tennis Court i cudowny sample powtarzający się co chwilę: yeeeaaaah. Jak trochę taka krowa na polu. Ale to jest właśnie urocze, fajne i inne. Lubię inność, wyróżnianie się.

Krążek Lorde jest czymś nowym, drobnym powiem świeżości na rynku muzycznym. Oczywiście, Ameryki to ona nie odkryła, ale miło zobaczyć nową twarz na rynku zdominowanym przez Gagę, Perry czy szalejącą teraz Miley Cyrus. Lorde jest grzeczna, chociaż o grzecznych rzeczach nie śpiewa. Robi to z umiarem, wyczuciem. To jest jej wielki plus i jej największa zaleta – prócz oczywiście świetnej muzyki. Album jest prosty, ale dopracowany ze starannością. Produkcja na wysokim poziomie, nie głupie teksty i wpadające w ucho refreny.

Tak proszę państwa, oto – mam nadzieję – narodziła się nam gwiazda, która mam nadzieję zgarnie nominację Grammy w kategorii Best New Artist, a później wyda kolejne, świetne albumu. Takie, jakim jest Pure Heroine, do którego posłuchania jak najbardziej Was namawiam.

Lorde-Pure-Heroine

Previous Justin Timberlake - The 20/20 Experience 2 of 2 (2013), recenzja
Next John Newman - Tribute (2013), recenzja