Madonna – Confessions on a Dance Floor (2005), recenzja Łukasza Mantiuk

5
432

Można by powiedzieć, że Madonna skacze z kwiatka na kwiatek. Jest niezdecydowana. A to dwa lata wcześniej nagrała politycznie zabarwione American Life, a teraz jest disco divą. O co jej chodzi?

Madonna wyznacza trendy. Podąża za istniejącymi, zmienia je po swojemu, przekierowuje, ukierunkowuje. Madonnizuje. Confessions on a Dance Floor to nowe narodziny disco. Wszyscy nagle pokochali taniec, wszyscy chcieli bawić się z Madonną. I mimo, że nie jest to jakieś arcydzieło, to jest to jeden z lepszych krążków w dyskografii Madge.

Cofnijmy się do roku 2005, kiedy to właśnie Madge postanowiła przeistoczyć się w królową dyskotek. Mariah Carey powróciła w wielkim stylu i rządziła w rozgłośniach radiowych utworem We Belong Together – nuda (plus 14 tygodni na szczycie Billboard Hot 100). Najlepiej sprzedający się album? The Emancipation of Mimi. Co jeszcze? 50 Cent wydaje The Massacre z Candy Shopem na czele (9 tygodni na szczycie Billboard Hot 100), Green Day stawiają na American Idiot, best ofy czy unpluggedy wydają Destiny’s Child, Alicia Keys czy Eminem. Największe przeboje? Wspomniane dwa plus Let Me Love You Mario (9 tygodni), Hollaback Girl Gwen Stefani (4) i Gold Digger Kanye Westa (10). Wciąż nuda. Same hip hopy, smętne ballady, odgrzewane hity. I tu pojawia się Madonna. Ona z tego krążka wprost krzyczy: przestańcie smęcić, zapraszam na parkiet!

[divider]

I’m Tired of Waiting on You

Całość rozpoczyna się kochanym przeze mnie Hung Up. Wszystko przez ten sampel, wszystko przez Abbę! Madonna pożyczyła charakterystyczny motyw z Gimmie! Gimmie! Gimmie! (A Man After Midnight) z repertuaru Abby. To wystarczyło – Madonna + sentyment za Abbą = hit murowany. Przeskakując trochę – pod numerem trzecim znajdujemy najlepszy utwór na tym krążku, jak również prawdopodobnie jedno z najlepszych nagrań w całej bogatej dyskografii artystki – Sorry. Utwór to taneczna ballada. Dziwnie to zabrzmiało, co? No cóż, Madonna potrafi nagrać wszystko, nawet taneczną balladę. W kawałku tym podoba mi się dosłownie wszystko – świetny tekst, wyważony wokal (wiadomo, że coś tam pewnie poprawili – ale udaję, że nie widać!), doskonała produkcja, melodia, muzyka. To jest naprawdę znakomity utwór.

Generalnie warto również pochwalić dobór singli – zaczęło się właśnie od kawałka z samplem Abby – aby zagrać trochę na sentymentach ludzi, wspomnieniach i tak dalej. Udało się. Dalej najlepszy utwór na płycie – Sorry – a potem dwa kolejne udane kawałki: Get Together oraz Jump. Co prawda ten drugi podoba mi się bardziej, jednak muszę przyznać, że cała czwórka to jeden z najlepszych wyborów na single w dyskografii Madge (W Music, które oceniałem wczoraj miała np. jeden z gorszych doborów singli ever).

[divider]

All of your life has all been a test…

Urzekł mnie również prosty, ale uroczy kawałek I Love  New York. Różne rzeczy kochają ludzie, a Madonna kocha Nowy Jork. Utwór ten poznałem dzięki serialowi Glee, gdzie został zmashupowany z innym utworem wielbiącym to miasto – New York, New York. Kolejnym majstersztykiem jest utwór – zwariowany, zaskakujący i szalony – Isaac. Świetny rytm, melodia i gościnny wokal, który nazywa się Yitzhak Sinwani i który zainspirował artystkę do stworzenia tego małego arcydziełka. Utwór oczywiście, jak zawsze co związane z Madonną, wywołał kilka skandali i oburzył kilka ludzi, ale czym by była twórczość Madonny bez ludzi nią oburzonych? Jest od samego początku jestem w tym utworze zakochanym, przede wszystkim za jego magnetyczne, magiczne i pulsujące instrumentale. Coś nieziemskiego – i jeszcze coś – to już nawet nie jest disco-Madonna: to Madonna eksperymentująca z house czy trance. Takie podłoże i zapowiedź tego jej całego romansu z EDM (Electronic Dance Music), które zaprezentuje na albumie MDNA. Świetnie album również się kończy – Like It or Not to utwór rzecyzwiście – lubisz albo nie. Ja lubię. Ni stąd ni zowąd kawałek ten przypomina mi S&M Rihanny (A raczej odwrotnie – Rihanna pewnie zainspirowała się Królową). I nawet tekst ten sam panie mają – ostatecznie nie jest to jednak wina ani jednej, ani drugiej. W Stanach istnieje kołysanka dla dzieci, która właśnie brzmi tak, jak tekst, który i Madonna, i Rihanna użyły w swoich piosenkach. A leci to mniej więcej tak:

Sticks and stones may break my bones
But names will never hurt me.

[divider]

Niestety nie jest tak, że pokochałem ten album od A do Z (a raczej od Hung Up do Like It or Not). Nie lubię przedostatniego kawałka – Push. Nie pasuje stylistycznie do tego dyskotekowego wydawnictwa. Future Lovers jest dla mnie lekko za chłodne plus za bardzo przypomina mi Ray of Light. Środek albumu trochę odstaje od jego krańców. Ostatecznie jednak – Confessions on a Dance Floor to bardzo dobry album. Mocny, charakterystyczny, godny zapamiętania i wracania do niego.

[divider]

Madonna - Confessions on a Dance Floor

[divider]

weekend-z-madonna