Oryginalny tytuł: Scott Pillgrim vs. The World | Reżyseria: Edgar Wright Scott Pillgrim Kicks World’s Ass

Scott Pillgrim vs. the World Ja lubię absurdalne filmy. Lubię jak są zwariowane, pokręcone – ale nie żenujące i przesadzone. I tak „Kick-Ass” był zwariowany, ale zdecydowanie zbyt brutalny i przesadzony. Zupełnie inaczej niż „Scott Pillgrim kontra świat”. Jeszcze bardziej niedorzeczny niż wspomniany wcześniej film, ale i dużo lepszy od niego.

Bohaterem filmu jest tytułowy Scott Pillgrim (Michael Cera), już nie nastolatek – młodzieniec, który prowadzi spokojne życie. Wraz z przyjaciółmi ma zespół rockowy, mieszka z przyjacielem-gejem i musi z nim spać, bo w mieszkaniu mają tylko jedno łóżko. Jakoś to idzie aż do czasu, gdy Scott poznaje dziewczynę swoich marzeń – Ramonę Flowers (Mary Elizabeth Winstead). Problem w tym, że siedmiu byłych chłopaków Ramony założyło Ligę Byłych i chcą zgładzenia nowego chłopaka Ramony. Przed Scottem trudne zadanie i siedem pojedynków.

Mario! Tyle nawiązań do tej gry to ja jeszcze nie widziałem. Nawet życie Scott znalazł. Absurd, potężny, jeden wielki absurd. Ale w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Co prawda nie przepadam za Michaelem Cerą, wydaje mi się trochę mdły i w każdym filmie powiela tę samą rolę, nie mniej jednak całość jest bardzo udana. Oczywiście, jeśli zaakceptujemy tę konwencję. Bo montaż i efekty specjalne są spotykana na każdym kroku, dźwięki muzyki są widzialne, pojedynki zwariowane, a wygrana powoduje zniknięcie wroga i rozsypanie monet. Jak w grze po prostu.

Ale fakt faktem, ten film musiał mi się spodobać – wyreżyserował go Edgar Wright – ten sam, który ma na koncie dwa znakomite (i równie absurdalne) obrazy: „Wysyp żywych trupów” i „Hot Fuzz – Ostre psy”. A w 2012 „The World’s End”, czyli trzecia część tej zwariowanej prawie-trylogii.

Scott Pillgrim kontra świat” to zamknięta całość i kolejnych części na pewno nie będzie. Oczywiście dałoby się na pewno coś dopisać, bo i konwencja i przedstawiony świat jest bardzo ciekawy, ale tutaj ukazuje się nam bolesna prawda – mało zarobił więc kontynuacji nie będzie. A miał być wielki, letni hit i tak dalej. Coś nie poszło i ja bym tu winą obarczał główną gwiazdę filmu, czyli właśnie Michaela Cerę. Myślę, że gdyby na jego miejscu było bardziej znane nazwisko to mogłoby być dużo lepiej – finansowo oczywiście. Bo sam obraz jest świetny i zdecydowanie polecam go wszystkim fanom absurdu i niedorzeczności. W pozytywnych znaczeniach tych słów. A, i strona wizualna zdecydowanie powinna dostać jakieś nagrody – i efekty specjalne świetne, i montaż doskonały.

Moja ocena: 7/10

[468]