Złe Imperium zostaje zastąpione przez Najwyższy Porządek, który chce władzy nad galaktyką. Plany wrogiej organizacji może pokrzyżować Ruch Oporu.

Powrót do świata Star Warsów! Oh jak na to czekałem. Poprzednie sześć filmów znam bardzo dobrze, oryginalną trylogię kocham, nową trochę mniej. Jak teraz nazywać się będzie trylogia trzecia? Nowsza? Nie ważne. Siódmy epizod jest lekko wtórny, ale wielu tłumaczy ten fakt, że miał być to swoisty reset i film-połączenie – coś dla fanów Starej Trylogii, a jednocześnie nowe otwarcie dla nowych, młodych fanów (pierwszy film, Epizod 4, miał premierę… 40 lat temu).

The Force Awakens ma wszystko, co mieć powinno. To idealnie skrojony film. Był dokładnie taki, jaki powinien być – nie było w nim ani za dużo fajerwerków, ani za mało. Nie było tu przesady, ale i nie było dłużyzn czy nudy. To film na „OK”; taki powinien być, takiego filmu się spodziewaliśmy, taki film otrzymaliśmy. To kolejnej części – epizodzie ósmym – oczekujemy już „czegoś więcej”.

To niezinterpretowane i nienazwane „coś więcej” to wielkie wyzwanie dla reżysera kolejnej części.

The Force Awakens obejrzane dwa lata po premierze, na kilka dni przed epizodem ósmym nadal wydaja się być tak samo dobre, tak samo świeże, a jednocześnie tak samo klasyczne i proste. To wciaż bardzo, bardzo dobry film.

[review]
Obejrzane na kanapie w domu (ponownie, po seansie w kinie dwa lata temu)