Taylor Swift – Red (2012), recenzja Łukasza


Po dwóch recenzjach najnowszego krążka Taylor Swift, co ja jeszcze mogę napisać? Marta zachwalała, Filip trochę psioczył, ale również był na plus. A ja? Ja będę po środku, bo dzieło idealne to to nie jest. Ale udane.

To była sobie dziewczyna

Kilka faktów trzeba zaznaczyć na początku. Fanem country nie jestem – ni to polskiego, ni to amerykańskiego. Są wyjątki od reguły jak chociażby Need You Now Lady Antebellum czy Don’t You Wanna Stay Jasona Aldeana i Kelly Clarkson. Ale to są pojedyncze utwory, które nic nie znaczą. Drugi fakt – fanem Taylor Swift nie jestem. I tutaj już od razu przejdę do utworów, bo jeden z nich sprawił, że w ogóle sięgnąłem po tę płytę. Jako tako znam poprzednie dokonania artystki – z singli głównie, w całe albumy nigdy się nie zgłębiałem. Gdy pojawiło się We Are Never Ever Getting Back Together też jakoś od razu nie powaliło mnie to na kolana. Ale…

…like ever!

Utwór gdzieś o uszy obijał mi się tutaj, potem tutaj i w końcu do mnie przemówił. Przypadł mi do gustu nie tylko prosty tekst, ale cały ten optymizm i zabawa jaka przemawia od Taylor Swift. Podczas każdego wykonania tego utwory Swift dobrze się bawi. I mimo, że tekst wcale nie jest taki szczęśliwy, i pisała go pewnie również wcale nie jakoś super szczęśliwa, to wyszło świetnie. Psikuśnie, zadziornie. Bardzo na plus. Tu od razu wskażę utwór Stay Stay Stay będący niejako kontynuacją tego kawałka. Już mniej popowe, a bardziej countrowe wpisuje się w stylistykę zabawy, zadziorności. Wracając do mojego oswajania się i poznawania Taylor. Wydała ona później I Knew You Were Trouble. I znów podbiła moje serce – świetnie odeszła od country w stronę popu z genialnym użyciem dubstepu. Były też kolejne single promocyjne – Begin Again, Red czy State of Grace. Wszystko to w pewien sposób nakreślało nam jaki będzie krążek Red. Pierwszy krążek Taylor Swift, który przesłuchałem od początku do końca. I? I nic. Krążek ten nie zmienił mnie w jakiegoś wielkiego fana Taylor Swift, ale mniej więcej pozwolił zrozumieć jej fenomen. Skromny wizerunek dziewczyny z sąsiedztwa, szczerej, prawdziwej, trochę bezbarwnej, ale dającej się polubić. Do tego proste – bardzo często infantylne – teksty, tabun topowych producentów i sukces murowany. Swift nie szokuje rozbieranymi sesjami, ona jest po prostu taka swojska, realna… Takich jak ona każdy z nas zna kilka (oczywiście mowa o tej na co dzień Swift, a nie tej z czerwonego dywan).

Taylor Swift Artystka

[one_half]Wracając do krążka. Jest pół na pół. Część utworów przypadła mi do gustu, a część przypomina raczej Swift z poprzednich utworów (cały czas zaznaczam, że pisząc ‘poprzednich’ mam na myśli jedynie znajomość singli, które wydawała artystka takich jak np. Love Story, Mean czy You Belong to Me). Jednak jest to pewna ewolucja – na pewno w warstwie produkcyjnej, melodyjnej. Więcej tu popu, trochę elektroniki, eksperymentowania dubstepem. Nie zmieniły się jednak teksty, wciąż są tak samo proste, mówiące o miłości – tym razem nieszczęśliwej – teksty takie, aby każda amerykańska nastolatka mogła się z nimi utożsamiać, a co za tym idzie, kupić album.[/one_half][one_half last=”last”] Swift jest prawdziwa, jednak w dużej mierze jest również produktem – może nie takim jak Rihanna – jednak wciąż na pewno ma dużo podpowiadaczy, którzy mówią jej lub namawiają, co powinna dalej robić. I w dużej mierze mają rację, wystarczy spojrzeć na wyniki sprzedaży. Warto jednak odnotować bardzo ważny aspekt tego krążka – jakkolwiek infantylne, jakkolwiek nijakie i proste – wszystkie teksty są autorstwa lub współautorstwa Taylor Swift (na szesnaście utworów w zaledwie siedmiu artystka miała pomocników, w połowie są to producenci, którzy podpowiadali jak ułożyć tekst, aby potem dobrze się go dało ‘ubrać’ w muzykę, a dwa z nich to duety, więc samo przez siebie musiało mieć dwóch autorów). To jej album, jej teksty.[/one_half]

Wymieniając dobre strony albumu – dwa wspomniane single – ten z długim tytułem i ten z dubstepem. Do tego Stay Stay Stay, All Too Well czy kompozycja chyba z najzgrabniejszym i najbardziej udanym tekstem – Red. Spośród dwóch duetów jeden pokochałem, a drugi jest mi obojętny. The Last Time to utwór z liderem zespołu Snow Patrol i jest to chyba najlepszy utwór na krążku. Niestety, brzmi trochę jednak jak utwór z krążka Snow Patrol, gdzie to Swift jest gościem. Ma on typową dla Snow Patrol produkcję i budowę. Nawet gitary elektroniczne są bardziej charakterystyczne dla Snow Patrol niż dla Swift. Nie mniej jednak jest to naprawdę świetny utwór. Natomiast kompozycja z Edem SheeranemEverything Has Changed – to już rzeczywiście brzmi bardziej jak utwór Swift, jest jednak trochę nijaka, nudna. Zupełnie nietrafione są dla mnie kompozycje 22 – utwór nadawałby się dla 14-latki czy 15-latki, ale nie dla Swift, która – jak mówi tytuł – ma 22 lata. Nie ruszają mnie również typowe dla Swift ballady jak Begin Again, I Almost Do czy Sad Beautiful Tragic.

Britney Spears of 2010s

Podsumowując, gdzieś w Internecie w komentarzach (bodajże w Youtube) wyczytałem bardzo trafne określenie na temat Taylor Swift – jest ona Britney Spears naszych czasów. To prawda, gdy debiutowała Britney Spears, to ja miałem naście lat i to ja byłem jej targetem. I wtedy to Spears sprzedawała miliony albumów i singli, podbijała listy przebojów. I miała 20-22 lata. Teraz podobne wyczyny robi Taylor Swift i zbiera podobną ilość fanów. A jako, że ja już raczej targetem Swift nie jestem, to jej najnowszy album oceniam przez pryzmat tylko tych kompozycji, które są dobre. Czyli pół na pół. Ale polecam, przesłuchać – i a nóż widelec znaleźć coś dla siebie – warto.

* * *

Taylor Swift, recenzje albumu ‚Red

[one_third]

Recenzja Filipa Wiącka
ocena 6.0

[/one_third][one_third]

Recenzja Marty Mrowiec
ocena 6.5

[/one_third][one_third last=”last”]

Recenzja Łukasza Mantiuka
ocena 5.0

[/one_third]
Previous Céline Dion - Sans Attendre (2012), recenzja
Next Oscars Featurette 2013, Filmy - część 1 (1/11)
  • I tak Grammy zgarnie za ten album, jest wyjątkowo lubianą artystką, wśród „kapituły?”. tak samo było z Fearless…

    • madakon

      Chyba nigdy nie zrozumiem jej fenomenu. Najbardziej do gustu przypadło mi „I Knew You Were Trouble” w wersji z kozą. 😀

      • Ten album akurat podoba mi się najbardziej, może dlatego że odeszła od country i poszła w stronę POPU. 😉

        • madakon

          Prawdę mówiąc to bardzo słabo znam jej poprzednią twórczość, pewnie dlatego, że z country mam mało wspólnego. 🙂