Transformers 3 (2011)


Z Transformersami to jest tak, że wszyscy je oglądają, ale nie wszyscy się do tego przyznają. A ja tam oporów nie mam, oglądam, bo lubię sobie popatrzeć na szczytowe osiągnięcia techniki w dziedzinie efektów specjalnych i takie tam inne. Ciekawy by było, jakby ta cała technika była polana sosem z ciekawej fabuły, ale o tym za chwilę.

W trzeciej części filmu Michaela Baya zatytułowanej „Transformers: Dark of the Moon” Autoboty (ci dobrzy) oraz Decepticony (ci źli) ścigają się na kosmos, bo tam ukryte są bardzo istotne informacje na temat przeszłości robotów, które mogą pomóc w podbiciu kosmosu teraz. Tymczasem inny bohater trylogii, Sam Witwicky (Shia LaBeouf) wyprowadza się z domu i wyrusza na studia. Oczywiście nic takie łatwe nie będzie, bo oto będzie musiał po raz trzeci uratować Ziemię.

Nie da się nie pisać o tym filmie nie wspominając o częściach poprzednich. I tak jak część pierwszą można uznać za znakomity film, w którym nawet fabuła była do zjedzenie, tak druga część była niestrawnym kotletem to też trzecia część jest niejako wypadkową tychże dwóch wcześniejszych. Bo nie jest tak znakomicie jak na początku, ale na pewno jest lepiej od dwójki. Efekty specjalne nadal imponują, fabułę poprawiono i dopracowano, ale nadal mamy takie wpadki jak chociażby nieznośne żarty (matka Witwicky’ego pijana w kampusie dla nastolatków, roboty znów puszczające bąki). Po raz kolejny nie udała się próba znalezienia złotego środka, który pomógłbym w zachowaniu powagi w ważnych momentach filmu oraz rozluźnienie akcji wtedy, gdy jest to potrzebne. Natomiast film Baya to wszystko to co napisałem, ale wymieszane w tak niestrawny i niestosowny sposób, że jednak za genialny film Transformersów uznać nie można.

Trzeba też zaznaczyć, że w żadnym stopniu nie można tego filmu porównywać do Oscarowych czy festiwalowych dzieł. Wyraźnie trzeba oddzielić ocenianie filmów odmóżdżających od filmów dających do myślenia. I tak dając Oscarowemu faworytowi – np. tegorocznemu „The Artist” – siedem punktów na dziesięć nie znaczy to na pewno to samo, co danie również sześciu punktów trzeciej części przygód wielkich robotów. Ktoś bardzo mądry powinien wymyślić dwie oddzielne skale, w których odróżniamy filmy ważne i filmy nieważne. Inną sprawą są również gusta i fakt, kto i gdzie jaki film mógłby zakwalifikować.

Dla mnie Transformersy to film nieważny stanowiący jedynie zabawę na letni wieczór. Porównywać go mogę do innych wakacyjnych blockbusterów jak „Captain America: The First Avenger” czy „X-Men: First Class” – i na ich tle wypada blado. Publika zaczęła oczekiwać od blockbusterów nie tylko pięknej oprawy wizualnej i wielkich gwiazd w obsadzie. Teraz liczy się również interesująca historia (która wcale nie musi być mądra, ważne, aby zainteresowała). Transformers: Dark of the Moon na pewno może poszczycić się lepszą historią niż jego poprzednik, nie mniej jednak nadal momentami jest bardzo głupi, a widz zadaje sobie pytanie „czy oni naprawdę myślą, że my jesteśmy takimi debilami?”. Roboty są słabo nakreślone, decyzje głównych bohaterów podejmowane są at hoc, a kolejne śmierci, rozstania czy pytania na ważne odpowiedzi zajmują im ułamki sekund.

Obejrzenie tej kolorowej pisanki na pewno nie jest czymś zły, trzeba się tylko przestawić na takie kino i nie oczekiwać pełnowartościowego i soczystego dania. To raczej hamburger z McDonalda – smaczny, ładnie wygląda, ale żadnych korzyści z niego nie ma. A ja muszę dodać, że hamburgerowe filmy oglądać uwielbiam, szczególnie tak dobrze przyrządzone wizualnie.

Previous Powrót Filmloga
Next Jak upolować faceta (2012)
  • Podzielam Twoje zdanie, trzecia część jest tylko mordercą czasu, w zasadzie do niczego innego służyć nie może. Twórcy pewnie doskonale wiedzieli, że oglądając część pierwszą i drugą sięgniesz po trzecią. Ja zrobiłem podobnie, warto było z czystej ciekawości – film jako film jest jednak mocno średni.