will.i.am – #willpower (2013), recenzja Łukasza Mantiuk


Nie lubię will.i.ama. Zaznaczmy to już na samym początku. To wrzód na tyłku muzyki popularnej. Jednak jako producent jest świetny, stworzył wiele cudownych kawałków The Black Eyed Peas, jak również utworów dla innych artystów. Dlaczego sięgnąłem po #willpower? Och dear, powodów jest wiele: Nicole Scherzinger, Eva Simons, Britney Spears

Ten album to straszny bałagan. Jest tutaj dosłownie wszystko i nie jest to komplement. Tak jak u wielu artystów różnorodność na albumie chwalę, tak u will.i.ama owa różnorodność to zupełnie co innego. Tutaj wszystko jest upchane na siłę, bez składu i ładu. Kogo udało się zaprosić do duetu to jest, kogo się nie udało to trudno. Dorzucono kilka solowych utworów (najgorsze kawałki na płycie) i tak powstało nam #willpower.

will.i.am feat. britney spearsNie dziwię się, że utworów z Britney Spears był takim przebojem. To jeden z najlepszych numerów na tym krążku. Mimo, że wszyscy wiemy, że jest tam więcej komputera niż czegokolwiek realnego, to i tak ten kawałek kochamy. Wielu z nas. Niektórzy się nie przyznają. Ja nie mam z tym problemów. Swoistą kontynuacją – przynajmniej w moim odczuciu – jest utwór Bang Bang, który znajdziemy na wersji Deluxe albumu. Oficjalnie nie wiadomo czyj damski wokal jest w refrenie. Ale nie oszukujmy się, to brzmi tak samo jak głos ze Scream & Shout. I jest to albo Britney, albo ten sam syntezator czy program komputerowy użyty w Scream & Shout. Drugim mega świetnym kawałek z tego albumu jest dla mnie This Is Love. Lubię Evę, wielu porównuje ja do Rihanny (z racji, że kiedyś jej utwór wyciekł do sieci jako Rihanna feat. Lady Gaga), jest jednak znacznie bardziej od niej utalentowana i ma lepszy wokal. Cały czas czekam na jej solowy debiut, non stop wydaje jedynie single albo kolaboracje. This Is Love to świetny przedsmak tego, co Simons może pokazać na swoim debiucie. Kawałka z Bieberem nie będę komentować, nie ma co.

Zawiódł mnie trochę utwór z Nicole Scherzinger. Kocham ja i jestem jej największym fanem, jednak Far Away From Home jest lekko puste, bez polotu i pazura.  Wciąż jednak jest to jeden z lepszych utworów na krążku. Dużo więcej siebie Nicole pokazała w Mona Lisa Smile, które nie jest okraszone jej nazwiskiem, ale nikt nie ma wątpliwości i nikt nie ukrywa, że to jest Nicole. TO również utwór z Deluxe’a i również prawdopodobnie jeden z najlepszych na krążku.

Co lubię jeszcze? Ghetto Ghetto oraz Love Bullets. Zatem w sumie na osiemnaście kawałków siedem z nich oceniłbym na plus. Jest to wynik i dobry, i zły. To, że oceniam te kawałki na plus, nie znaczy, że album dostanie wysoką ocenę. Obok tych piosenek, które są dobre i odmóżdżające (typowa muzyka rozrywkowa) mamy całą plejadę utworów, które są koszmarne. Dosłownie, są jak wspomniany przeze mnie w pierwszym akapicie wrzód na tyłku.  Gettin’ Dumb? Wydaje mi się, że jest myśl przewodnia słuchając większości utworów z tego albumu. Let’s Go? O tak, idźmy stąd… Niestety, ale will.i.am bez zasobu gwiazd nie istnieje. Tak samo jak Black Eyed Peas nie istnieje bez Fergie. To jeden z tych artystów, który musi zaprosić albo tuziny znanych gwiazd, utalentowanych wokali albo samplować stare numery (w jednym worku z Pitbullem, Flo Ridą, Davidem Guettą). Chciałbym, aby will.i.am poszedł w kierunku Guetty  – nagraj chłopcze utwory z tymi artystami, wyprodukuj kawałki ale – na miłość boską – nie śpiewaj! Nie udzielaj się! Nie wpieprzaj się w dobre kawałki, daj się im wykazać… This Is Love jako solo Evy – marzenie, Scream & Shout bez will.i.ama? Jeszcze większy przebój niż jest…

Właśnie przez to, że w każdym utworze musimy słuchać will.i.ama żaden z tych utworów nie trafił na moją codzienną playlistę, której słucham na okrągło dodając i usuwając kolejne kompozycje (moja codzienna playlista to jest jakiś wyznacznik dla mnie jakości albumów – im więcej tracków mam ochotę tam dodać – czyli słuchać ich codziennie – tym lepszy krążek, dla porównania album Justina TImberlake’a w mojej playliście do dnia dzisiejszego jest w całości). Przez długi czas były tam Scream & Shout oraz This Is Love, jednak już mi się znudziły. Przez moment słuchałem Bang Bang, ale już z niego zrezygnowałem. #willpower to niestety bardzo zły album, mimo kilku promienistych momentów natłok chłamu, will.i.ama i zmutowanego will.i.ama przez komputer krążek ten traci na jakiejkolwiek jakości. U mnie ma niską ocenę, Zuzanna wczoraj oceniła nisko, a czytając dzisiaj recenzję Filipa (którą wy przeczytacie jutro) również pochwał nie zauważyłem. Mogę prognozować, że za niecały rok w All About Music Awards 2013 album ten dostanie sporo nominacji… negatywnych.

Previous FOX - FOX (2013), recenzja Łukasza Mantiuk
Next Emmelie de Forest - Only Teardrops (2013), recenzja Łukasza Mantiuk
  • Ej, nie mówiłam? IRA miała jedna recenzję, a William już dwie ;p nieładnie, nieladnie:D:D

    Martoooo weź zrecenzuj coś dobrego bo oni tylko o tym popie piszą 😛

    • madakon

      Będzie jeszcze jedna recenzja Willa. 😛

  • madakon

    No to teraz czekamy aż nasz psychofan z poprzedniej recenzji zajrzy tutaj. 😛

    • Emila Jadźka Cylka

      Jakiś przytyk do mnie? 🙂
      Jeśli tak to dementuję ja Willa nie lubie bo fakt, że bez wsparcia nie istnieje miałam małe wonty co do Scream & Shout ale tlumaczyłam byłam zmęczona 😛

      • madakon

        Nie, to nie było do Ciebie. 😉

        • Emila Jadźka Cylka

          Aaaaaaaaaaa to spoko 😛

  • Karol Wojenko

    Bang Bang zaczyna mi się podobać coraz bardziej, ale mam nadzieję, że mi to przejdzie ;x