Władcy umysłów (2011)


Władca jest tylko jeden

Władcy umysłówJa zdecydowanie i to już na samym początku muszę to napisać (chociaż to dla nikogo nowość nie będzie): filmowcom kończą się pomysły na filmy! I to nic, że niżej tutaj recenzowany film jest na podstawie prozy Philipa Dicka. Już samo to, że po raz kolejny i kolejny ekranizują coś wcale nie napawa optymizmem. No, ale dobra, nie będę już narzekać.

Bohaterem filmu jest David (Matt Damon) polityk, który stara się wygrać wyboru do senatu. Zupełnie przypadkiem odkrywa, że świat stanął w miejscu, a jacyś dziwni ludzie z dziwnymi przyrządami ‘prześwietlają’ jego znajomych. Brzmi dosyć tajemniczo, ale wierzcie mi, nic tu ani tajemniczego, ani… niestety, ciekawego.

Jest to debiut scenarzysty „Ultimatum Bourne’a”, George’a Nolfi. I takie mniej więcej właśnie miałem odczucie – nie tylko, dlatego, że jest tutaj Matt Damon, ale to wszystko miało taką stylistykę, tempo i wygląd jakiejś kruchej podróbki filmów o Jasonie Bourne’ie. Bo owa trylogia to filmy znakomite, a (ciężko mi przechodzi przez klawiaturę ten tytuł) „Władcy umysłów” to nudne mydło i powidło. Brak tu ładu i składu, brak motywu przewodniego czy w końcu czegoś, co najzwyczajniej w świecie by mnie zainteresowało. Historia była bardzo naiwna, by nie powiedzieć głupia. Raz jest tak, a potem nagle zmieniają zdanie i jednak miało być, tak a potem znów na odwrót. Pomieszanie z poplątaniem.

Role Matta Damona oraz Emily Blunt nie przypadły mi do gustu. I nie twierdzę, że to wina aktorów, raczej nie mieli się, w czym wykazać i to mnie dziwi, bo scenariusz do „Ultimatum Bourne’a” był bardzo dobry. Reżyser Nolfi napisał również skrypt do „Ocean’s Twelve” i tam również było, co oglądać. Widać napisanie scenariusza i wyreżyserowanie go to za dużo, dlatego pana, proponowałbym pozostać przy scenopisarstwie. A wam proponuje ten film sobie darować.

Moja ocena: 3/10

Previous Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach (2011)
Next Gnomeo i Julia (2011)